Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

What does the wildcat say?

Stwierdziłam, że jeszcze coś skrobnę na blogu przed moimi wojażami (nienawidzę spolszczenia tego słowa). Dość niedawno natknęłam się na zespół z LA Wildcat! Wildcat! i jak się okazało, już tylko kilka dni dzieli ich od wydania debiutanckiego albumu. Jaki będzie? - chętnie sie tego dowiem, bo ostatnio moje wymagania, zwłaszcza odnośnie muzyki indie/indie pop, poszły znacznie w górę. 

Wildcat! Wildcat! (nie wiem czemu, ale kompletnie kupili mnie tą nazwą) rok temu wydali swoją pierwszą EP-kę. Od tego czasu można się było zaznajomić z twórczością dość charakterystycznego, męskiego trio, które, no właśnie, śpiewa głównie falsetem.  Nie jest to częste zjawisko i jak na mój gust raczej ryzykalne, ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Wysoki wokal supportowany jest przez nienachalne syntezetory. W utworze "The Chief" przewijają się instrumenty dęte, do których chyba zaczynam mieć słabość. Natomiast, "Mr. Quiche" brzmi tak jak indie brzmieć powinno - poprawnie, acz czymś intryguje. 


Nowa płyta ukaże się 5 sierpnia, pojawią się na niej między innymi kawałki "Holloway (Hey Love)" oraz "Hero". Zwłaszcza ta druga piosenka doskonale wypadłaby w wersji live na jakimś festiwalu. Jeśli tym utworem zespół chciał pokazać swój progres od EP-ki do albumu, to zdecydowanie oceniam to na plus i czekam na więcej. 


czwartek, 19 czerwca 2014

Ocieplanie klimatu

photo: Shanna Fisher
Co powiecie na krótką wycieczkę do Connecticut? Cóż, w sumie to nie macie wyjścia. ;) Lia Ices (właściwie Lia Kessel), to kolejna przedstawicielka muzyki z rodzaju: kocyk + herbata/wino. Osobiście chętnie sięgam po muzykę, której głównym atutem jest wokal, a oprawa muzyczna, czy to gitara, czy fortepian, jest jedynie przyjemną otoczką.  

Lia jest często porównywana, przez krytyków, do artystów takich jak Cat Power czy Kate Bush, jednak wciąż Lia pozostaje poza światem komercyjnym ... i w sumie może i lepiej, bo ma to swój urok.


Moja przygoda z Lią zaczęła się od jej drugiej płyty Grown Unknown, a konkretnie od kwałka "Little Marriage". Wciąż jest to moja jedna z uubionych piosenek, gdzie w genialny sposób wykorzystano róznego rodzaju grzechotki, tamburny, cymbałki i pstrykające palce, a to wszystko zwieńcza wysoki i intrygujący wokal. Warto dodać, że magazyn Pitchfork, który często jest bezlitosny, gdy przychodzi do recenzjonowania nowych albumów, dał temu krążkowi wysoką notę 7.2/10.




W dorobku Amerykanki znajdują się na razie dwa albumy, ale zmieni się to 16 września -premiera płyty Ices, z której możemy posłuchać już pierwszego singla zatytuowanego "Thousand Eyes". Moje uszy stwierdzają, iż Lia lubi eksperymentować i każda płyta wnosi coś nowego. Po przesłuchaniu wyżej wspomnaniego singla,  mam wrażenie, że ta nowa płyta będzie znacznie pogodniejsza i możliwe że kocyk okaże się być zbędny. 


piątek, 13 czerwca 2014

Relax, take it Eazy

Dzisiaj mam dla Was odrobinę białego hip-hopu. Posiadaczem dość zobowiązującego przydomka "James Dean of rap" jest, pochodzący z Kalifornii, Gerald Earl Gillum, znany jako G-Eazy i to właśnie o nim powiem Wam słów kilka. Postaram się za bardzo nie rozpisywać (w prawdzie zawsze jak tak powiem, to wychodzi mi tasiemcowej długości post, cóz... zobaczymy).


G-Eazy już od wczesnych lat interesował się muzyką. Na studiach był członkiem zespołu Bay Boyz i też w tamtym czasie wypuścił swój pierwszy album The Epidemic LP (2009). W sumie jak na tak młodego wykonawcę (Gerald ma 25 lat), dorobek trzech płyt w przeciągu 5 lat naprawdę imponuje. O G-Eazy zrobiło się głośno, gdy świat usłyszał piosenkę "Runaround Sue" (tak, był taki przebój w latach 60-tych). Cała zabawa polega na tym, że G-Eazy połączył pop'owy oryginał z rapem. Trzeba przynać, efekt jest interesujący. 

"Far Alone" na chwilę obecną jest moim ulubionym kawałkiem przystojniaka z USA. Chwytliwy, letni beat w tle, specyficzny styl rapowania G-Eazy i doskonale wpleciony wokal Jay Ant.


Ciekawe jest również to, że mało która piosenka jest wykonywana tylko przez G-Eazy. Tak na oko humanisty powiedziałabym, że 95% jego utworów jest kolaboracją z artystami zarówno wielkiego kalibru, jak i tymi mniej znanymi (przynajmniej ja o nich jeszcze nie słyszałam). 
To co najbardziej podoba mi się w muzycę, którą tworzy G-Eazy, jest oprawa wokół wokalu. Wyważone beaty, przeplatająca się elektronika, a przede wszystkim to, że piosenki są od siebie różne. Przykładem może być utwór "Let's Get Lost" ft. Dewon Baldwin z przewijającym się słodkim, żeńskim głosem, czy mocniejszy i mroczniejszy "Lotta That" ft. A$AP Ferg i Danny Seth.  PS. Dla fanów teledysków polecam "Almost Famous" i "I Mean It" ft. Remo.




wtorek, 20 maja 2014

Summerish pop vibe

Ciepło się zrobiło, więc i coś rytmicznego i lekkiego powinno się w słuchawkach znaleźć. Dlatego dziś proponuję zakosztować muzyki popularnej aka pop aka ulubiony gatunek muzyczny większości stacji radiowych. Pop chyba najłatwiej wpada w ucho...cóż nie moje, ale jestem wyrozumiałym człowiekiem (chyba ;D). Na co dzień pop wydaje mi się zbyt słodki, a w końcu powinnam unikać cukru, więc wolę sobie dodatkowo nie słodzić. Jednak przy ładnej pogodzie, człowiek cieszy się słońcem, ma ochotę spędzać czas na świeżym powietrzu (krakowski smog pozdrawia wszystkich czytających ten post), więc nawet jakaś wesoła pop'owa melodyjka w głośnikach nie zaszkodzi. Nie przedłużając, dziś posłuchamy amerykańskiego muzyka o kubańskich korzeniach, czyli Cris Cab.
Powiedziałam muzyka pop, a tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z fusion, bo w muzyce jaką tworzy Cris, przeplatają się elementy zarówno soulu, jak i reggae. Na początek, żebyście się wczuli, proponuję kawałek "Loves Me Not" z najnowszego albumu Crisa.


Cris w wieku pięciu lat ubłagał rodziców i dostał swoją pierwszą gitarę. Trochę wstyd się przyznać, ale ja w wieku pięciu lat mogłam jedynie się pochwalić talentem, jakim było rozbrajanie ludzi uśmiechem... cóż. Dziesięć lat później, Cris miał pierwszą sesję w studiu nagraniowym. Pierwszych demo słuchał sam Pharrell Williams, jednak podobno to jeszcze nie było to. Minęło parę lat i Cris zaraził ludzi swoim optymizmem. Stworzył sporo coverów, które przykuły uwagę publiki. Również ponowne spotkanie z Williamsem okazało się bardziej owocne. Obecnie 21-letni Cris nagrał piosenki m.in z Wyclef Jean, Big Sean, Mike Posner czy z wcześniej wspomnianym Williamsem. Ich wspólny utwór "Liar Liar" z 2013 roku, jest przyjemny, pachnie latem i z łatwością wpada w ucho.


A na deser cover, bo dawno żadnych nie było. Jedna z najbardziej wakacyjnych piosenek, czyli "Pumped Up Kicks" w trochę innej aranżacji, ale wciąż bardzo optymistycznej, z nutą soulu i reggae w powietrzu. A teraz słuchawki na uszy i na spacer. No już, już! ( chyba, że czytacie tego posta o 3 w nocy, wtedy nie musicie ;)).

piątek, 9 maja 2014

Wine me

Kontynuując temat używek, poruszony w poprzednim poście, dziś skupię się bardziej na napojach zawierających znaczek % na etykiecie, bo według mnie muzyka, a konkretnie głos, Cat Power (Chan Marshall) jest idealnym towarzystwem do wypicia lampki wina. Chan obdarzona jest niskim głosem, a jej muzyka zalicza się do typu minimalistycznego. Dominuje bowiem wokal. Instrumenty, jak dla mnie, spełniają funkcję poboczną. Stanowią jakby tło do opowieści jaką chce nam przekazać Chan, dlatego głównymi instrumentami są zazwyczaj gitara i fortepian, które doskonale tworzą nastrój, i aż prosi się o zestaw wino+koc, zwłaszcza, że mamy cudowny, piątkowy wieczór.

W dorobku Cat Power znajduje się aż 10 albumów i według mnie, spokojnie na każdym z nich można znaleźć piosenkę doskonałą. Wiele z nich pojawiło się zarówno w serialach, jak i filmach ("Przerwane objęcia", "Stosunki międzymiastowe", "V jak Vendetta", "Juno").

Kariera Chan jest dość długa, więc nie obyło się bez wpadek, na które media czyhają na każdym kroku. Problem Chan związany był głównie z alkoholizmem (dlatego ostrożnie z tym winem przy słuchaniu twórczości Cat Power). Nie mnie oceniać i nie będę się zagłębiać w życie prywatne. Zmieniając temat. Z ciekawszych rzeczy można wspomnieć o sposobie wykonywania utworów na żywo. Dawniej Chan zaczynała wykonywać piosenki nagle, gwałtownie bez żadnego wstępu, i tak samo nagle się kończyły, nie było płynnego przejścia pomiędzy utworami. Nazwałabym to chaotycznym, zmiksowanym przejściem z jednej piosenki w drugą. Obecnie piosenki wykonywane są z większą precyzją i odpowiedzialnością. A od którego utworu najlepiej zacząć? Trudne pytanie. Nawet bardzo. Może powinnam wypisać z dziesięć linków do utworów  i byście sobie wybrali dwa kawałki do posłuchania, tak na chybił trafił? Hmmm. Nie przedłużając, dwie propozycje: "Hate", czyli nienawiść w połączeniu z zadziornym brzmieniem gitary, a przesłanie trąca, nie korkiem, lecz depresją.


Druga propozycja również nie jest pozbawiona melancholii, ale była to bodajże pierwsza piosenka Cat Power, w której się zakochałam, czyli "The Greatest".




poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Solo w duecie

Smoke & Jackal to solowy projekt dwóch mężczyzn z niesamowicie wielkim ego, (chociaż podobno przy tworzeniu materiału do EP-ki, ego nie odegrało żadnej roli). We didn't bring any egos to it - wypowiedział się Jared Followill... cóż... polemizowałabym. ;) I właśnie Jared, basista z Kings of Leon, również tutaj popisuje się swoimi zdolnościami grania na pięknym instrumencie, jakim jest gitara basowa. Co więcej, przyznam, że naprawdę dobrze mu to wychodzi. Wraz ze swoim przyjacielem Nickiem Brownem (wokalista zespołu MONA oraz Smoke & Jackal) postanowili nagrać parę kawałków w domu tego drugiego. Co z tego wyszło? Głosy są podzielone, jedni są zachwyceni, inni trochę mniej. Osobiście na 6 piosenek tylko połowa przypadła mi do gustu. Nie wiem, może wciąż wyczuwam to wielkie ego, które przeszkadza mi w odbiorze pozostałych kawałków, a może jestem wybredna, a może się po prostu nie znam, o!


Utwór, który zawsze polecam jako pierwszy to "Save Face". Spełnia swoje zadanie przy słuchaniu z zamkniętymi oczami wręcz idealne. Jak dla mnie ma jakiś tajemniczy urok. Przykładowo takie włóczenie się wieczorem po mieście, z tą piosenką w słuchawkach, mogłoby wyprodukować dość przyjemne ciarki. Chyba kiedyś spróbuję...
Natomiast, singlem promującym EP-kę (EP No. 01) był utwór "No tell". Tekstu może komentować nie będę... ale ogólnie kawałka da się słuchać. Wygląda na to, że to nie koniec Smoke & Jackal. Zarówno na Instagramie Jareda jak i Nicka, pojawiły się ich wspólne zdjęcia i podpisy zapowiadające drugą mini płytę. Poczekamy, zobaczymy. Może nowy materiał bardziej przypadnie mi do gustu. 



czwartek, 17 kwietnia 2014

Odrobina pozytywnej energii

Czas na kolejny zespół z gatunku indie-electro. Pod skrótem STRFKR (również Starfucker) ukrywa się czterech Amerykanów z Oregonu (nie mylić z oregano). Rytmiczne, często funkowe gitary, idealne linie basowe, moja miłość, czyli syntezatory, niezidentyfikowane instrumenty  oraz wokal, który często wchodzi na wyżyny. Tak bym pokrótce opisała jak wygląda muzyka STRFKR. Można sobie trochę poskakać albo spróbować sobie wystukać rytm o stół/parapet, a jeśli ktoś nie posiada takich udogodnień, to i kolano powinno wystarczyć ;), bo przyznać trzeba, że Starfucker kawałki ma bardzo melodyjne. Nie dość, że ciuszki kolorowe, to i muzyka tryska pozytywną energią. Osobiście wydaje mi się, że chłopcy naprawdę się dobrze bawią tworząc kolejne piosenki. Drogę do Polski znają, bo w zeszłym roku zagrali dwa koncerty w naszym kraju, więc jeśli komuś spodoba się jak Starfucker sobie 'gwiazdorzy', to zapewne jeszcze nie raz nadarzy się okazja, żeby zobaczyć ten amerykański zespół live.

Z ostatniej płyty STRFKR Miracle Mile na pewno warte uwagi są kawałki "While I'm alive", "Malmo", "I don't want to see" i oczywiście "Golden light", które za cudowne intro, zapisało się dość wysoko na mojej indie playliście.


Na zakończenie, utwór zamykający drugą płytę STRFKR Reptilians z 2011, w sumie to bardziej melodia jest, ale w żadnym wypadku nie jest pozbawiona energii i filmowego uroku. Co więcej, doskonale pokazuje, że Joshua, Keil, Shawn oraz Patrick potrafią się również popisać dobrym kawałkiem elektroniki.


Dziś było odrobinę krócej, ale w końcu mazurki się same nie upieką, a tym bardziej się same nie zjedzą. Nowy post pewnie ukaże się po świętach. Możliwe, że będzie coś mocniejszego, żeby odreagować rodzinną atmosferę, której za pewne wszyscy nie możemy się doczekać. Pozostaje mi jedynie życzyć Wam bardzo muzycznych świąt :)
~ Dżoana

sobota, 5 kwietnia 2014

Emocjonalna czasoprzestrzeń

Są tacy artyści, którzy samym swoim głosem, potrafią wywołać ciarki na moim ciele. Jeśli są złośliwi, to dodadzą jeszcze emocjonalne skrzypce, smutny fortepian czy zgrzytającą gitarę, co podwoi gęsią skórkę (i zamieni mnie w jedną wielką ciarkę). Co więcej, jeśli taka mieszanka odsłuchana jest przy zgaszonym świetle, wtedy wkraczamy w zupełnie inną czasoprzestrzeń. Czasoprzestrzeń, w której jesteśmy sam na sam z muzyką i nie przeszkadza nam fakt, że nie widać znaczka kierującego do wyjścia ewakuacyjnego. To wszystko zasponsorowała mi, pochodząca z Teksasu, - Sarah Jaffe. 

Gitara akustyczna wpadła w ręce Sarah, gdy była nastolatką. Tworzyła wtedy swoje pierwsze, muzyczne eksperymenty, które ostatecznie przeobraziły się w dorodne utwory. 

Na początek, piosenka o tytule, który skradł moje serce, czyli "A sucker for your marketing". Kolejny raz obrabowano mnie, gdy zobaczyłam wykonanie live (znaczy na YouTube, w rzeczywistości okazji jeszcze nie miałam). Równa perkusja, dużo basu, przyjemny fortepian, wykorzystanie skrzypiec na dwa sposoby - jako "bas", grany palcami, a nie smyczkiem (ok. 0:50) oraz w wersji naturalnej, gdzie ich brzmienie idealnie wpasowuje się do całości. To wszystko zwieńcza doskonały wokal, który przy wykonywaniu 'ooho' przypomina mi głos Florence Welch. Posłuchajcie i pooglądajcie sami. 


Pierwszą piosenką Sarah jaką usłyszałam, było "Pretender" (jakby kogoś to zastanawiało, to tak, zawsze pamiętam jaką piosenkę, danego artysty, usłyszałam pierwszą). Ten kawałek ma cudownie mroczną melodię, dlatego zalecam go dorzucić do wieczornej playlisty.


Na zakończenie, smutno-piękna historia, zaśpiewana szepczącym głosem, ze skrzypiącym akustykiem w tle i refrenem pełnym emocji. Idę teraz zabłądzić w czasoprzestrzeni. 


niedziela, 9 marca 2014

Rockowa (nie)orkiestra

Pewnie już trochę macie dość elektroniki, którą nadmiernie promuję, no cóż... dam Wam odetchnąć, ale nie na długo ;) Manchester Orchestra, ani nie pochodzi z Manchesteru, ani nie jest orkiestrą. Nie wiem w sumie ile osób jest wymaganych, aby stworzyć orkiestrę, ale Manchester Orchestra składa się z pięciu gentlemanów: Roberta, Chrisa, Tima oraz Andy'ego x2. Żeby nie było wątpliwości, panowie pochodzą z Atlanty, USA, ale nazwa zespołu odnosi się do angielskiego miasta oraz hrabstwa Manchester. Muzycy tłumaczą, że właśnie tam powstało wiele świetnych zespołów jak The Smiths, Joy Division, Oasis, New Order itd. Zaskoczę Was pewnie faktem, że Manchester Orchestra to zespół rockowy... w prawdzie trochę indie jest, ale tak jak już kiedyś mówiłam 'indie' dodają teraz do wszystkiego. Jest nawet indie metal jakby to kogoś zastanawiało, a był zbyt leniwy, żeby sprawdzić w Google. Wracając do tematu głównego, Amerykanie z Manchester Orchestra tworzą zarówno mocniejsze utwory, jak i kawałki o mniejszej sile rażenia aka melancholijne, a także spowalniacze w wersji ballad rockowych, które często nabierają tempa dopiero pod koniec piosenki.


Może zacznijmy od wolniejszych kawałków. Często odnoszą się one do Boga, przemijania, utracenia kogoś bliskiego. Takie trochę smuty, a że mam zbyt dobry nastrój to zgrabnie przejdę do tych piosenek z serii 'wolne, ale się rozkręcą'. W sumie "Where have you been?" też jest w jakimś stopniu depresyjnym kawałkiem i poniekąd wpisuje się jeszcze do tych powolnych utworów, ale to co w niej uwielbiam do emocje jakie ze sobą niesie, dlatego o niej wspominam. Natomiast do bardziej rockowych i odrobinę mocniejszych piosenek należy "Virgin" z dość mroczną linią gitarową (w tym również basową), której towarzyszy dziecięcy chórek rodem z horrorów (bo ja oczywiście namiętnie oglądam horrory, więc się znam).


Na zakończenie kawałek "Shake it out", w którym pan wokalista lubi sobie pokrzyczeć...w sumie o Bogu też coś tam wykrzykuje. Pierwszego kwietnia 2014 roku pojawi się czwarty album studyjny Manchester Orchestra zatytułowany Cope, więc po cichu (krzycząc ;D) liczę na kolejne dobre, gitarowe brzmienia. 



środa, 12 lutego 2014

Południe USA w stylu retro

Południowy rock połączony z soulem, czyli śpiewanie tego co leży nam na duszy - tak właśnie by można opisać Alabama Shakes. Mam nadzieję, że nie muszę pisać z jakiej części USA pochodzą ;)

Album Boys & Girls sprawia, iż mam ochotę wsiąść do pickupa i jechać w nieznane po równych i pustych drogach południowych Stanów... ale może to tylko ja? Najlepiej sami posłuchajcie płyty w linku poniżej i dajcie mi znać czy ktoś chce jechać ze mną.
Alabama Shakes (bandcamp)

Trzeba przyznać, że Alabama Shakes tworzą niesamowitą muzykę, pełną emocji, przepojoną wręcz amerykańskością, która trafia w każdy nerw naszego ciała, natomiast sami członkowie zespołu są jak najbardziej normalnymi obywatelami USA, których po prostu zaskoczyła kariera muzyków. Większość demo została nagrana w 2011 roku kiedy to Brittany, Steve, Zac & Heath wykonywali swoje dotychczasowe zawody. Przykładowo, perkusista Steve pracował w elektrowni atomowej, a wokalistka Brittany Howard, mieszkała w przyczepie gdzieś na skraju lasu, a z zawodu była listonoszką. (Z ciekawostek mogę dodać, że Brittany będąc nastolatką, śpiewała w zespole punkowym... cóż, wykrzyczała się, a teraz ma kuszącą barwę głosu ;))



Jedno demo sprawiło, że świat Alabama Shakes obrócił się o 180 stopni. Zagrali jako support na CMJ Festival w Nowym Jorku, a po powrocie spotkała ich słodko-gorzka niespodzianka - prawie milion fanów na Facebooku oraz wypowiedzenia z pracy... Ale w końcu, im bardziej oryginalna i interesująca biografia zespołu, tym lepiej! 


Bless my heart/ Bless my soul/ Didn't think I'd make it to 22 years old



środa, 8 stycznia 2014

Beast of America, czyli muzyka z pazurem


Pozostajemy w USA, lecz zmieniamy stan, ba zmieniamy wybrzeże! Dziś ocean & plaża, czyli Kalifornia! (jak tak dalej pójdzie, to nauczę Was mapy Stanów hah!) Znowu będzie rockowo, ale tym razem z przytupem - Nico Vega. Jeśli byliście w potrzebie porządnej dawki energii, to trafiliście idealnie. 

Charakterystyczny głos wokalistki, któremu często w mocniejszych kawałkach towarzyszy chrypka, zdecydowanie dodaje utworom pazura! Power, który emanuje z piosenek, aż prosi się o wykorzystanie. Nie namawiam tutaj to rozwalania mieszkania, czy robienia kolejnej parodii utworu Miley Cyrus "Wrecking ball", po prostu dobrze jest mieć kawałek, przy którym można się wyładować lub który nas zmotywuje to zrobienia jakiś niesamowitych rzeczy. Z tego całego podekscytowania dziś będą trzy piosenki ;D 

Numero uno, piosenka z cyklu: trzeba gdzieś wyładować swoją wściekłość, czyli "Fury oh fury". Możecie na przykład podjąć się zrobienia obiadu, w tym celu weźcie tłuczek w swoje ręce i zróbcie sobie schabowe z niezłym muzycznym podkładem. 


A teraz czas na nowy hymn Ameryki - "Beast". Zarówno oryginalna wersja jak i wersja akustyczna są perfekcyjne. Niby jest to ten sam utwór, zaśpiewany przez ten sam zespół, a jednak jak dla mnie są to dwie różne piosenki. Sami posłuchajcie :) 



oraz link do akustycznej wersji -> "Beast" wersja akustyczna

Na koniec piosenka "Easier", której pierwsze dźwięki przypominają mi serial "Przyjaciele". Był to również pierwszy kawałek Nico Vega jaki usłyszałam. Mówiąc szczerze, dopiero po drugim przesłuchaniu całkowicie się zakochałam... zwłaszcza w refrenie, który idealnie wpasowuje się w okres przedsesyjny, a także może posłużyć jako dobre motto dla osób zmagających się z jakimikolwiek problemami. 
Brace yourself it's gonna get easier...



sobota, 4 stycznia 2014

Eksperymenty z Hoboken

Yo La Tengo to amerykański zespół z Hoboken (New Jersey), który powstał w 1984 roku. Dorobek na chwile obecną to trzynaście albumów studyjnych!, więc mogłoby się wydawać, że Yo La Tengo są dość znani, jednak nadal nie znam wielu ludzi, którzy w ogóle o tym zespole słyszało. Może właśnie dlatego zdecydowałam się o nich napisać... W sumie takie moje zadanie - powiększać Waszą wiedzę muzyczną, wliczając zespoły 'dziwne, dziwniejsze, yyyyy, mało znane, znane tylko Dżoanie' itd. ;)


Oczywiście nie przesłuchałam wszystkich albumów Yo La Tengo, ale mogę zapewnić, że mają parę dobrych kawałków. Czasami jest melancholijnie jak w przypadku "Tears are in your eyes". Delikatna perkusja, powolna gitara, spokojny wokal - wszystko idealnie się razem komponuje. Polecam słuchać wieczorami. 


Niekiedy jest bardziej eksperymentalnie, w końcu Yo La Tengo tworzy utwory indie rockowe, dream pop'owe czy właśnie z gatunku rocka eksperymentalnego, który słynie z innowacyjnego użycia instrumentów i elementów rytmicznych. I tak o to możemy doświadczyć elektroniki pomieszanej z instrumentami smyczkowymi w utworze "Here to fall" czy afrykańskie(?) bębny w refrenie "Autumn sweater" .


PS Na albumie And Then Nothing Turned Itself Inside-Out (2000) znajduje się najwięcej moich ulubionych utworów. Oprócz "Tears are in your arms" polecam również psychodeliczny kawałek "Everyday", a także "You can have it all"'(tego to nawet Jared Followill z Kings of Leon słucha ;D)