Szybki i spontaniczny wpis (w końcu licencjat trzeba zdać), ale od lipca blog znów będzie pękał w szwach od muzyki, więc be ready.
Dziś kolejna odsłona coverów. Jakoś lubię dawać drugie życie piosence. Przyznaję się, że nadal nie stworzyłam listy moich ulubionych coverów, ale od czego są wakacje, jak nie od nadrabiania zaległości.
Mój przeuczony mózg wybrał dzis dla Was dwa coverowe smęty. Czasami dobrze jest się zrelaksować przy melancholijnym brzmieniu i powrócić z normalnym biciem serca do książek.
Ostatnio kusiły mnie rytmy lat 80-tych, jednak dziś przeróbki wielkich hitów z lat 90-tych. Chris Isaak i jego "Wicked game" zawsze przyprawia mnie o ciarki. Utwór ten doczekał się wielu coverów i jakoś w 99,9% przypadkach je kupuję. Dziś dla Was wersja w wykonaniu Irlandczyka Jamesa Vincenta McMorrow.
Dwa lata później, w 1993 roku, szlało się do przeboju Haddaway "What is love". Naprawdę nie sądziłam, ze można tę piosenkę przerobić na wolną, miłosną balladę. Nie wierzycie? Posłuchajcie wykonania Jaymesa Younga.
Ciepło się zrobiło, więc i coś rytmicznego i lekkiego powinno się w słuchawkach znaleźć. Dlatego dziś proponuję zakosztować muzyki popularnej aka pop aka ulubiony gatunek muzyczny większości stacji radiowych. Pop chyba najłatwiej wpada w ucho...cóż nie moje, ale jestem wyrozumiałym człowiekiem (chyba ;D). Na co dzień pop wydaje mi się zbyt słodki, a w końcu powinnam unikać cukru, więc wolę sobie dodatkowo nie słodzić. Jednak przy ładnej pogodzie, człowiek cieszy się słońcem, ma ochotę spędzać czas na świeżym powietrzu (krakowski smog pozdrawia wszystkich czytających ten post), więc nawet jakaś wesoła pop'owa melodyjka w głośnikach nie zaszkodzi. Nie przedłużając, dziś posłuchamy amerykańskiego muzyka o kubańskich korzeniach, czyli Cris Cab.
Powiedziałam muzyka pop, a tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z fusion, bo w muzyce jaką tworzy Cris, przeplatają się elementy zarówno soulu, jak i reggae. Na początek, żebyście się wczuli, proponuję kawałek "Loves Me Not" z najnowszego albumu Crisa.
Cris w wieku pięciu lat ubłagał rodziców i dostał swoją pierwszą gitarę. Trochę wstyd się przyznać, ale ja w wieku pięciu lat mogłam jedynie się pochwalić talentem, jakim było rozbrajanie ludzi uśmiechem... cóż. Dziesięć lat później, Cris miał pierwszą sesję w studiu nagraniowym. Pierwszych demo słuchał sam Pharrell Williams, jednak podobno to jeszcze nie było to. Minęło parę lat i Cris zaraził ludzi swoim optymizmem. Stworzył sporo coverów, które przykuły uwagę publiki. Również ponowne spotkanie z Williamsem okazało się bardziej owocne. Obecnie 21-letni Cris nagrał piosenki m.in z Wyclef Jean, Big Sean, Mike Posner czy z wcześniej wspomnianym Williamsem. Ich wspólny utwór "Liar Liar" z 2013 roku, jest przyjemny, pachnie latem i z łatwością wpada w ucho.
A na deser cover, bo dawno żadnych nie było. Jedna z najbardziej wakacyjnych piosenek, czyli "Pumped Up Kicks" w trochę innej aranżacji, ale wciąż bardzo optymistycznej, z nutą soulu i reggae w powietrzu. A teraz słuchawki na uszy i na spacer. No już, już! ( chyba, że czytacie tego posta o 3 w nocy, wtedy nie musicie ;)).
Minęło już trochę czasu od opublikowania ostatniego wpisu poświęconego coverom. Tym razem stwierdziłam, że na warsztat wezmę wielkie hity aka piosenki puszczane z dużą częstotliwością na wszystkich stacjach radiowych. Jak wiadomo typy coverów są dwa (można by wyróżnić jeszcze jakieś podgatunki, ale mniejsza z tym). Mogą być to po prostu piosenki, zaśpiewane przez innego wykonawce, ale bez wprowadzania jakiś większych zmian albo można zastosować drastyczne metody i przykładowo z szybkiego kawałka zrobić sentymentalną balladę. Dziś będzie dominować ta druga opcja - "drastyczna". Oczywiście występują również przypadki przerobienia powolnego utworu na bardziej rockowy, ale o tym to może napiszę innym razem. Moja hojność nie zna granic i dostaniecie dziś dwa covery oraz jeden cover ekstra, muśnięty mash-up'em (umiejętne połączeniem ze sobą dwóch (lub więcej) piosenek). Wystarczy już tych wypocin, czas na muzykę!
Na początek hit z 2013 roku. Przeboju zespołu Daft Punk "Get Lucky" zapewne nie trzeba nawet przypominać. Jakaś szufladka w waszym mózgu będzie ją przechowywać przez wiele lat waszego życia, więc nie ma co panikować, bo zapewne będziecie w stanie ją odtworzyć w dowolnej chwili. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy piosenka po 'en-tym' przesłuchaniu po prostu nam się "przejadła". Dlatego właśnie wtedy, dobrze jest sięgnąć po inną wersję lubianego przez nas utworu. Im większy hit, tym więcej coverów w śmietnikowych Internetach. Jednak często można znaleźć perełki takie jak wykonanie "Get Lucky" przez Daughter, która w tym roku zagra na Open'erze. Jest powolnie, z klasą, kobieco i magicznie.
Odnoście Miley Cyrus i jej twórczości nie będę się za wiele wypowiadać. Mogę natomiast podzielić się moją teorią, iż jej piosenki śpiewane przez innych artystów brzmią o wiele lepiej. "Wrecking ball" doczekało się wielu parodii, jednak zespół London Grammar potrafił nadać tej piosence zupełnie nowy, a zarazem urokliwy wygląd.
Na zakończenie cover w połączeniu z mash-up'em. Popowy przebój Kylie Minogue "Slow" w wykonaniu Alt-J, którzy jako podkład użyli melodii z kawałka Dr. Dre ft Snoop Dogg "Still D.R.E". Cover jest tak dobry, że za pierwszym razem nie miałam pojęcia jaki utwór jest przerabiany. :D
Jakby co, to nie moja wina, że znowu będzie trochę syntezatorów, Kanada najwyraźniej dobra jest w te klocki. Zespół Austra, o którym dziś będzie mowa, pochodzi z Toronto, (w którym obecnie termometry pokazują parę kresek poniżej zera ~ pogodynka Dżoana). Brrr! U nas już wiosna, ale zapewne wciąż niektórzy z Was mają zastane kości, może Austra pomoże Wam je rozruszać.
Austra to dość interesująca mieszanka. Wokal Katie Stelmanis, która ma łotewski korzenie, jest bardzo charyzmatyczny. Zapewne jednym z czynników, które miały na to wpływ, była nauka śpiewu operowego. Głos Katie posiada ciekawe drżenie, co tym bardziej sprawia, że Austra wyróżnia się na tle innych zespołów. Gdy będziecie za chwilę słuchać paru utworów, to bez problemu powinniście wyczuć wibracje w jej głosie. Początkowo skład zespołu był trzyosobowy: Katie, Maya Postepski na perkusji (a także współzałożycielka zespołu TRUST) oraz Dorian Wolf (basista). Później dołączyła kolejna trójka (Sari i Romy - chórki, Ryan -keyboard), która jeszcze bardziej ubarwiła zespół.
Pochwalę się, że miałam okazję być na koncercie Austry, która była w trasie promującej swój najnowszy album Olympia. Żeby było zabawniej, to był jedyny koncert, na który wybrałam się w butach na 8cm obcasie. (tak, wiem... ;D) Naprawdę nie liczyłam, że koncert będzie aż tak energiczny, a prawda jest taka, że w warszawskim Basenie podłoga wręcz falowała!, a lampy-meduzy były zachwycające! Przynajmniej dzięki paru centymetrom byłam w stanie zrobić lepsze zdjęcia. Jednym się nawet z Wami podzielę.
Austra, 22.10.2013, Basen, Warszawa / autor: Dżoana
Teraz czas na piosenki. Jeśli chodzi o pierwszy album Feel it Break (2011), to możliwe, że znacie utwór "The Choke" albo "Lose it" (ten drugi pojawił się nawet w jednym z odcinków serialu Dr House). Jednak najbardziej rozpoznawalnym utworem jest (według mnie) "Beat And The Pulse", należy on do tych z rodziny dark/new wave. Mamy dużą dawkę syntezatorów i klawisze niczym bicie dzwonów oraz głos Katie, który miejscami wznosi się na wyżyny operowe.
W drugim albumie zakochałam się od pierwszego usłyszenia (w pierwszym też). Aż się sama sobie dziwię, że nie posiadam jeszcze tych albumów w moich zbiorach. Czasem naprawdę ciężko jest wybrać tylko jeden utwór, ale zdecyduję się na "We Become", bo zawiera wers, który wyjątkowo przypadł mi do gustu
~ A coward's crown / please raise it high... ~
PS O zespole Austra wspominałam już wcześniej. Klikając tutaj -> Cover part.2 <- możecie posłuchać Austry wykonującej cover "None of them" autorstwa Robyn.
Ten brodaty pan na zdjęciu obok to Nicholas James Murphy, o którym pewnie mogliście słyszeć, ale pod pseudonimem artystycznym - Chet Faker. Australijczyk doskonale połączył swój niski głos z elektroniką. Mimo iż jestem wielką fanką elektroniki, to w przypadku albumu studyjnego Thinking in Textures to nie elektronika, ale głos Cheta mnie najbardziej zachwyca.
(Teraz będzie niewielki słowotok, więc może lepiej czytajcie co drugie słowo.)
Downtempo jakie proponuje nam Chet Faker, jak na mój gust, jest dość specyficzne. Mamy bowiem do czynienia z niskim wokalem i liryczną formą utworów. Osobiście po przesłuchaniu całej płyty uważam, że niektóre wstawki w piosenkach, są po prostu niepotrzebne (mam tu na myśli m.in wysoki dźwięk w przyjemnie basowym kawałku, który mi po prostu nie odpowiada). Dlatego słuchanie niektórych utworów może wydać się nieco mniej przyjemne dla ucha. *Ależ, ja się czepiam*. Jednak i tak uwielbiam Cheta, a za każdym razem, gdy usłyszę jedną z jego piosenek w kawiarni czy sklepie, cieszę się jak małe dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę. (W sumie takie uczucie towarzyszy każdej piosence, którą lubię, i którą usłyszę w miejscu publicznym ;D). Dziś znowu będą trzy utwory, bo zdecydowanie należy się odrobinę więcej uwagi temu brodatemu Australijczykowi. Ready, steady, GO!
Kojarzycie może utwór Blackstreet ft. Dr Dre "No diggity"? Utwór do szybkich nie należy, co wykorzystał Chet robiąc z tego doskonały kawałek z chropowatym i szepczącym wokalem.
Chet współpracował również z innym Australijczykiem - Flume. Razem nagrali parę (bardziej elektronicznych) perełek jak "This Song Is Not About A Girl" czy "Drop the Game". Na zakończenie informacja, że kolejny album Australijczyka Built on glass ukaże się 11 kwietnia 2014 roku. Niedawno poznaliśmy kolejny singiel "1998", który pojawi się na nowym albumie Fakera. Jak dla mnie miła niespodzianka. Płyta zapowiada się obiecująco.
Chcieliście grać/śpiewać w zespole, a do tej pory Wam się to nie udało? Cóż, nie wszystko jeszcze stracone! Zawsze możecie założyć zespół ze swoim przyszłym mężem/żoną jak to uczynili Dede oraz Thomas Wegg-Prosser z We Have Band (WHB). W 2008 roku skład zespołu powiększył się o Darrena Bancrofta. Warto wspomnieć, że pierwsze znaczące single nagrywane były w mieszkaniu Dede i Thomasa... także, sami widzicie, domowo-małżeński biznes wcale nie jest takim złym pomysłem ;) Styl jaki grają We Have Band można określić jako disco-rock, indie-rock/pop ze sporą dawką elektroniki. Osobiście, WHB w jakimś stopniu kojarzą mi się z zespołem Metronomy, nie tylko pod względem melodii jakie tworzą, ale również pod względem stylu w jakim są robione niektóre teledyski, ale to tylko moje subiektywne odczucie. Pora czegoś posłuchać. Na początek piosenka o ambitnym, ale jakże istotnym tytule "Where are your people?"
"Tired of Running" zdecydowanie najbardziej wpasowuje się w moje gusta muzyczne, zwłaszcza dzięki prostej linii basowej, którą jesteśmy poczęstowani od samego początku utworu, a także dzięki łatwo wpadającemu w ucho refrenowi. Obie wymienione przeze mnie piosenki pochodzą z albumu Ternion (2012), (co chyba oznacza, iż jest to moja ulubiona płyta WHB). Już 28 kwietnia ukaże się nowy album zespołu - Movements. Jestem ciekawa czy trio z Manchesteru czymś mnie jeszcze zaskoczy.
Teraz informacja dla fanów coverów. We Have Band stworzyli parę remixów, a także coverów, jedne lepsze, drugie gorsze, oczywiście zależy kto co lubi. Chociaż cover "Let's dance" Davida Bowiego jest dość specyficzny, to mimo wszystko gratuluję odwagi przerobienia takiego hitu, jak dla mnie słuchać się da.
Chyba właśnie tworzę kolejną teorię, tym razem odnośnie wpływu koloru włosów na karierę muzyczną. Ruda Florence Welch (Florence + The Machine) oraz Hayley Williams (Paramore) bez dwóch zdań zapisały się w historii, jako wokalistki z fenomenalnymi głosami, na dodatek każdy jest zupełnie z innej bajki. Czy ognisty kolor włosów Francuzki ukrywającej się pod pseudonimem Owlle również wpłynie pozytywnie na jej karierę? Tego nie wiem, ale życzę jak najlepiej... chyba zostanę filozofem! ;)
Sama Owlle przyznaje, że chce tworzyć muzykę, która zarazem będzie melancholijna, magnetyczna, a także będzie posiadała to 'coś, co sprawi, że zachce nam się ruszyć nogą... a może nawet czymś więcej ;D Przykładem może być utwór "Ticky ticky". Z jednej strony mamy magnetyzm i charyzmatyczny wokal podczas zwrotki, a z drugiej strony słodki, rytmiczny beat podczas refrenu.
Teraz czas na wspólne interesy Owlle z Depeche Mode. Zacznijmy od tego, że panowie z Depeche Mode aka weterani muzyki elektronicznej zwrócili się z prośbą do Owlle o wykonanie remixu piosenki "Heaven" z ich najnowszego albumu, ale to nie wszystko. Francuzka również stworzyła cover do ich hitu z lat 90-tych "Enjoy the silence". Wydaję mi się, że i tym razem dała radę. :)
Utwory "Without Devotion" czy "Disorder" również zawierają dream-popowe brzmienia, a także można próbować doszukiwać się w nich inspiracji muzyką Depeche Mode.
Dziś pozwiedzamy stany australijskie, a dokładnie jeden stan - Queensland. Zarówno trio MTNS, jak i The Kite String Tangle pochodzą z miasta Brisbane. Co jeszcze ich łączy? Oczywiście muzyka jaką tworzą, czyli elektronika z domieszką indie. Muszę przyznać, że oba zespoły idealnie wpasowują się jako podkład, choćby do buszowania po internecie.
MTNS (Mountains) tworzą Joseph Thiang, Tom Eggert oraz Robbie Hellberg.
Zacznę od kawałka "Fears". Łagodny głos Toma Eggerta, rytmiczne elektroniczne beaty, syntezatory i to wszystko w bardzo przystępnym opakowaniu. Zespół jak na razie wydał jedynie EP-kę, ale jak ktoś jest zainteresowany i chce więcej, to polecam odwiedzić profil MTNS na SoundCloud (https://soundcloud.com/mtnsmusic)
The Kite String Tangle to solowy projekt Danny'ego Harleya.
Harley podobnie jak MTNS tworzy bardzo przyjemne, nostalgiczne brzmienia. "Given a chance" to utwór z wpadającą w ucho melodią i ciepłym wokalem. Cóż, uważam, że mimo wszystko w ten rodzaj muzyki trzeba się po prostu wczuć, ale trzymam za Was kciuki. Z ciekawostek mogę dodać, iż The Kite String Tangle wykonało cover piosenki Lorde "Tennis Court" (w końcu Lorde jest z Nowej Zelandii, a to tak po sąsiedzku z Australią ;D). Cover do posłuchania tutaj -> "Tennis court" cover.
Dzisiejsze hasło posta to: wietrzenie szafy aka stare kawałki w nowej odsłonie. Obstawiam, albo chociaż mam nadzieję, że część z Was kojarzy australijskie rodzeństwo Stone - Angusa & Julie. (Tak, to oni wylansowali przebój "Big jet plane"). Folkowe, często melancholijne oraz akustyczne piosenki to zdecydowanie ich numery popisowe. I właśnie w takiej tonacji są utrzymane covery jakie zamierzam Wam zaprezentować.
Na pierwszy ogień, piosenka z musicalu Grease(1978) z Johnem Travoltą i Olivią Newton-John w rolach głównych. "You're the One That I Want" kojarzona raczej jako wesoła, skoczna piosenka, której układ taneczny podświadomie wykonuje się w głowie, zamieniona przez Angusa i Julie... w raczej powolną, słodką, romantyczną piosenką, a przy wysokich dźwiękach, aż dreszcze przechodzą!
Istnieje jeszcze jedno nagranie tego coveru, jednak jest ono jeszcze wolniejsze i smutniejsze. Jeśli nie macie skłonności depresyjnych to zachęcam to przesłuchania wersja nr 2 "You're the one that I want" (cover).
Kiedy Grease wchodziło na ekrany, na świat przyszła utalentowana Kanadyjka - Nelly Furtado (takie tam nieświadome podkreślenie narodowość ;)). "Say it right" przebój z 2006 roku wałkowany dość długo przez większość radiostacji. Zapewne pamiętacie ten kawałek, a może nawet zdążył się on Wam znudzić, dlatego proponuję nową wersję tego utworu. Beaty zamieniono na bębenki, dodano oczywiście gitarę akustyczną i jeszcze spowolniono tempo. Jak dla mnie efekt końcowy - zaskakujący.
Kolejna odsłona tego co Dżoana lubi najbardziej, czyli covery! Kiedyś muszę wreszcie się zabrać za zrobienie mojej listy Top10...20...50 coverów... może potraktuję, to jako postanowienie noworoczne? ;D
Dziś na warsztat idzie Robyn, a dokładnie jej twórczość w wykonaniu innych artystów. Za pewne większość z Was kojarzy "Dancing on my own" - chyba najpopularniejszy utwór tej szwedzkiej blond wokalistki. Doskonała piosenka, która nadaje się na sylwestrową playlistę... zwłaszcza na sylwestra dla osób określających swoją przynależność do grupy forever-alone (jeśli by nawiązywać do tytułu utworu ;)).
Czas na cover w zupełnie innym wydaniu. Nie sądziłam, że z tego kawałka można zrobić wyciskacz łez... a jednak. Kings of Leon podczas programu Live Lounge BBC Radio1 przerobili "Dancing on my own" na smutną, romantyczną... po prostu piękną balladę. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych coverów (i nie mówię tego dlatego, że jestem KOL-holiczką). Posłuchajcie sami!
Jestem łaskawa i podzielę się jeszcze jednym coverem. Zapewne ucieszy Was wiadomość, iż jest on wykonany przez kanadyjski zespół - Austra (PS dla nich zarezerwowałam osobny post więc stay tuned).
Powoli w mojej głowie kształtuje się teoria, iż z utworów Robyn da się stworzyć piosenkę w zupełnie innym klimacie. Nie tylko KOL tego dowiedli, ale także Austra. Wersja Kanadyjczyków jest bardziej mroczna, a przez wysoki i drżący głos Katie Stelmanis można dostać gęsiej skórki.
Nie po raz pierwszy mam do czynienia z zespołem, który nie doczekał się jeszcze swojej własnej strony na Wikipedii... Mowa bowiem o szwajcarskim zespole Kadebostany.
Mówiąc szczerze mam gdzieś to co krytycy myślą na temat albumu Pop Collection (o ile w ogóle o nim słyszeli), ja jestem zachwycona i ode mnie spokojnie dostają 9/10. Jak dla mnie jest to jedna z najlepszych płyt powstałych w 2013 roku. Oczywiście jest ona niedostępna w polskich salonach muzycznych... eh jak miło & eh jaka nowość :/). Płyta posiada niesamowity klimat, jest i pop, jest i rap, jest i elektronika... a momentami mam wrażenie, że jest nawet Adele (to odnośnie intro do utworu "Walking with a ghost" oraz piosenki "Goodbye").
PS. Od razu wyjaśniam, że nie mam nic do Adele, głos ma świetny, a radio po prostu ... killing me softly with his song...w tym wypadku her song.
Dzięki Bandcamp (muzyczny sklep internetowy, a także platforma do promocji przeznaczona głównie dla artystów niezależnych) możemy posłuchać całego albumu Kadebostany! A dokładnie mówiąc, możemy posłuchać albumu i się w nim zakochać. Wystarczy kliknąć na odnośnik -> album Pop Collection <- i przenieść się do świata muzyki. Ach Szwajcario! wybaczam Ci wszystkie dziury w serze.
Nie byłabym sobą gdybym nie sprawdziła czy Kadebostany nagrali jakiś cover. Tadam! Beyoncé. Dość wysoka poprzeczka jak na zespół, o którym wie znikoma liczba społeczeństwa. Według mnie podołali!
Jeśli macie ochotę i czas (z tym bywa różnie) to zachęcam do obejrzenia fragmentów z koncertów czy sesji akustycznych. Trzeba przyznać, że Kadebostany mają genialny image. W końcu nie każdy zespół występuje w mundurach.
"Everybody wants to rule the world" - nie wiem czemu, ale ten tytuł zawsze kojarzy mi się z postacią Mózgu, z kreskówki Pinky i Mózg, a konkretnie ze słynnym dialogiem...
- "Móżdżku, co będziemy robić dziś w nocy?" - "Dokładnie to samo co robimy każdej Pinky, opanowywać świat!"
...może faktycznie niektórzy z nas chcą zapanować nad światem? Cóż... lepiej wróćmy do muzyki.
"Everybody wants to rule the world" - wielki przebój grupy Tears for Fears z lat 80-tych, i choć czasami nie potrafimy sobie przypomnieć wykonawcy utworu, to jednak znamy rytm i niektóre wersy tekstu. Osobiście uważam, że ta piosenka zawsze znajdzie miejsce na liście Top 100 przebojów 80's. Również inni artyści dbają o nieśmiertelność tego kawałka. Cover coverowi nie równy - i bardzo dobrze! Według mnie cover powinien zaprezentować nam tą samą piosenkę, ale w zupełnie innej aranżacji.
Na początek wersja z kraju oryginału, mianowicie Wielkiej Brytanii. Zespół Foals zaprezentował utwór z charakterystycznymi gitarowymi brzmieniami. Prawdę mówiąc jest on wciąż bardzo zbliżony do pierwotnej wersji, a jednak jest coś co sprawia, że mam słabość do tej wersji - prawdopodobnie głos wokalisty Foals.
A teraz druga odsłona - wersja żeńska. Nie ukrywam mojego ogromnego zaskoczenia wykonaniem "Everybody wants to rule the world" przez Lorde, młodej gwiazdy z Nowej Zelandii. Piosenka w jej wykonaniu stała się wręcz mroczna. Nie jest to sprawka wyłącznie mocnych uderzeń perkusji, lecz przede wszystkim dzięki niesamowitemu wokalowi.
Dla mnie "Everybody wants to rule the world" zapisuje się jako przykład piosenki doskonałej, którą można przerobić na wiele sposobów i za każdym razem być zaskoczonym efektem końcowym.
Bastille to stosunkowo młody zespół powstały w 2010 roku w Londynie. W świecie muzyki zaistniał m.in. dzięki kawałkom "Bad blood", "Pompeii" czy "Flaws". To co osobiście uwielbiam w Bastille to poczucie rytmu, które najlepiej można poczuć i usłyszeć w akustycznych wersjach piosenek. Utwory śpiewane acapella, gdzie jedynymi instrumentami są ręce i nogi, naprawdę robią wrażenie.
Listopad to dość napięty miesiąc jeśli chodzi o ilość organizowanych koncertów. Wiele zespołów rusza w trasy koncertowe w okresie jesiennym. Do tych zespołów należy między innymi londyńska formacja Bastille, która po raz pierwszy zawitała do Polski. Koncert odbył się w warszawskim klubie Stodoła, a ich występ supportował, również pochodzący z Anglii, zespół To Kill A King.
We wtorkowy wieczór scena niewątpliwie należała do panów. Zespół supportujący składa się z pięciu mężczyzn, a Bastille z czterech. Zapewne płeć piękna była zachwycona. Na początek występ To Kill A King. Gaśnie światło i staram się dosłyszeć pierwsze dźwięki, które z trudem przebijają się przez ogrom pisków pochodzących z pierwszych rzędów. Już po paru sekundach można zauważyć, że zarówno publiczność jak i To Kill A King jest w cudownych nastrojach. Tłum klaszcze (choć czasami gubi rytm) oraz śpiewa głośniej niż wokalista Ralph Pelleymouter, co sprawia, iż panowie na scenie nie przestają się uśmiechać. Moje pierwsze skojarzenie to "przypominają mi trochę Mumford & Sons", prawdopodobnie za sprawą gitary akustycznej towarzyszącej przez cały koncert. Panowie mi serca nie skradli, ale zdecydowanie udało im się przesłać pozytywną energię, która idealnie wpasowała się przed występem Bastille.
Koncert Bastille najlepiej opisuje tweet, który pojawił się na oficjalnym Twitterze zespołu:
Tonight's crowd in Warsaw was one of the loudest and jumpiest we've ever had. Thanks so much you lot - dziękuję.
Jak już wspomniałam wcześniej, Bastille bardzo cenię za akustyczne wykonania utworów, które tak naprawdę pokazują nam talent wokalny i nie tylko. Dlatego też od samego początku wiedziałam, że występ Bastille na pewno będzie fantastyczny. Tak też było. Londyńska formacja rozpoczęła koncert od swojego wielkiego przeboju "Bad blood". Trzeba przyznać, że niektóre piosenki nie posiadają jakiegoś skomplikowanego tekstu dlatego publiczność nie przestawała śpiewać, a dzięki łatwo wpadającej w ucho melodii, osoby pozbawione talentu wokalego mogły się wykazać wyklaskiwaniem rytmu. Do odważnych posunięć Dana (wokalista Bastille) należy wejście wśród publikę. Jego miejsce położenia można było określić dzięki kablowi od mikrofonu, który szybował nad publicznością. Zazwyczaj w takich sytuacjach następuje małe zamieszanie co sprawia, że widownia zaczyna się zagęszczać i tym sposobem przybliżyłam się o jakieś sześć rzędów w kierunku środka sceny. Bliżej znaczy cieplej, bliżej znaczy jeszcze większe szaleństwo. Wręcz idealne miejsce na encore. Właśnie podczas bisu został wykonany jeden z moich ulubionych coverów "Of the night", w trakcie którego ludzie przeistoczyli się w piłeczki pingpongowe co najlepiej ukazuje ten o to filmik Bastille "Of the night" / Stodoła 19.11.2013 (niestety jakość audio jest dość słaba).
Jako podsumowanie nasuwa mi się tylko jedno zdanie: Cudowna energia przez dwie godziny!
Zachęcam do obejrzenia paru zdjęć, które udało mi się zrobić.