Pokazywanie postów oznaczonych etykietą syntezator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą syntezator. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

What does the wildcat say?

Stwierdziłam, że jeszcze coś skrobnę na blogu przed moimi wojażami (nienawidzę spolszczenia tego słowa). Dość niedawno natknęłam się na zespół z LA Wildcat! Wildcat! i jak się okazało, już tylko kilka dni dzieli ich od wydania debiutanckiego albumu. Jaki będzie? - chętnie sie tego dowiem, bo ostatnio moje wymagania, zwłaszcza odnośnie muzyki indie/indie pop, poszły znacznie w górę. 

Wildcat! Wildcat! (nie wiem czemu, ale kompletnie kupili mnie tą nazwą) rok temu wydali swoją pierwszą EP-kę. Od tego czasu można się było zaznajomić z twórczością dość charakterystycznego, męskiego trio, które, no właśnie, śpiewa głównie falsetem.  Nie jest to częste zjawisko i jak na mój gust raczej ryzykalne, ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Wysoki wokal supportowany jest przez nienachalne syntezetory. W utworze "The Chief" przewijają się instrumenty dęte, do których chyba zaczynam mieć słabość. Natomiast, "Mr. Quiche" brzmi tak jak indie brzmieć powinno - poprawnie, acz czymś intryguje. 


Nowa płyta ukaże się 5 sierpnia, pojawią się na niej między innymi kawałki "Holloway (Hey Love)" oraz "Hero". Zwłaszcza ta druga piosenka doskonale wypadłaby w wersji live na jakimś festiwalu. Jeśli tym utworem zespół chciał pokazać swój progres od EP-ki do albumu, to zdecydowanie oceniam to na plus i czekam na więcej. 


środa, 2 lipca 2014

Red-synth-bomb

Zaczynając studia, mama ostrzegała mnie, że mogą mi one wyprać mózg. W sumie nie wiedziałam o co jej do końca chodziło (i chyba nadal nie wiem), ale faktem jest, iż po namiętnym studiowianiu miedzy innymi historii Kanady, teraz jak patrzę na nazwę La Roux myślę - nazwa francuska, a pochodzenie brytyjskie i pierwsze skojarzenie to oczywiście Kanada *ratunku*. Tak więc uciekam do świata muzyki.
 
La Roux większość z Was pewnie kojarzy, bo chyba nie dało się nie słyszeć jej kawałka "Bulletproof" z 2009 roku. Jakoś nigdy ta piosenka mych uszu nie ujęła, w raczej stała się dość irytującym tworem. Dlaczego więc dzisiejszy post jest o Elly Jackson (La Roux)? Odpowiedź jest prosta, nastąpiły zmiany. La Roux stanowił duet Elly i Ben Langmaid. Stanowił, gdyż zespół nie mógł się porozumieć odnośnie wyglądu nowego albumu Trouble in Paradise. Teraz Elly będzie musiała się sprawdzić w solowej karierze. Nie żebym cieszyła się, że Ben odszedł, aż tak okrutna nie jestem, ale muszę przyznać, że single promujące nowy krążek bardzo przypadły mi do gustu. 

Płyta będzie liczyć zaledwie 9 piosenek i już 1/3 albumu jest dostępna do odsłuchu w naszych ukochanych internetach. Na początek "Let Me Down Gently", która od początku mnie pochłonęła i z każdą sekundą, pochłaniała jeszcze bardziej. Przyjemny beat z syntezatorami, zgrabnie się komponuje z głosem Elly, natomiast w dalszej części utworu po mistrzowsku przebijają się dźwięki saksofonu.


"Tropical Chancer" to kawałek obowiązkowy jak ktoś ma zamiar wylegiwać się na plaży. Osobiście uwielbiam takie melodyjne beaty, w których czuć lato, bo właśnie w taki dzień jak dziś, kiedy przytulam sie do kubka z gorącą herbatą, wciąż odczuwam właściwą porę roku.

Ostatnim kawałkiem jest "Uptight Downtown", którym aż tak się nie zachwycam, jednak jakiś potencjał w nim drzemie. Trouble in Paradise w sklepach pojawi się 22 lipca. 
_______________________________
PS W sumie moje skojarzenia z Kanadą nie były takie złe, bo Ellya nagrała piosenkę "Hot mess" z kanadyjskim duetem Chromeo ;D

PS2 Minęło już pół roku, dlatego z tej okazji postanowiłam wprowadzić coś nowego na bloga. Będą to któtkie playlisty (na SoundCloud) - ukazujące się co tydzień, wymieszane gatunkowo i co chyba najważniejsze rozwijające Waszą wiedzę o muzyce. Zapraszam na część pierwszą -> miszmasz #1

piątek, 2 maja 2014

Drugs from Canada

Dziś się nieco rozpiszę, w końcu TRUST to mój ulubiony zespół z Kanady, więc ma specjalne przywileje. ;) Muzyka jaką tworzy TRUST (obecnie Robert Alfons), można bez problemu wpisać na listę używek (ale legalnych i niepowodujących problemów zdrowotnych). Parę utworów wystarczy, żeby poczuć się... inaczej. 

TRUST to dziecko kanadyjskiego miasta Toronto, grający synthpop w wersji dark. Z początkami powstawania zespołu związana jest Maya Postepski - perkusistka Austry (więcej o tym zespole możecie poczytać tutaj). Ten elektro-gotycki duet stworzył jedną z moich ulubionych płyt -TRST, którą posiadam w wersji namacalnej i która zresztą posiada iście przepiękną okładkę (TRST okładka). Z ciekawostek mogę dodać, że krążek był nominowany do JUNO Awards (kanadyjskie nagrody muzyczne) w kategorii 'najlepszy album elektroniczny'.

Znajomość z zespołem zaczęłam prawidłowo, bo od ich pierwszego singla "Candy Walls". Utwór 'najwolniejszy elektronicznie', ale niski głos Alfonsa robi swoje. Reszta piosenek z albumu, aż się prosi o umieszczenie na jakiejś party playliście. Syntezatory, energiczne beaty oraz 'space melody' idealnie współgrają z głebokim, od czasu do czasu mruczącym, wokalem.

Okazji żeby zobaczyć TRUST będzie aż trzy w tym roku. W Warszawie 9 maja w klubie Basen (zmiany ze względu na przesieniesie FreeFormFestival na październik, info z biletami pojawi się w poniedziałek) oraz w czerwcu: w Krakowie (bilet zakupiony^^) i Poznaniu. Jak mi zdradził Robert, koncerty promujące pierwszy krążek zespołu, które odbyły się w Polsce, wyjątkowo zapadły mu w pamięć. Uważa je za jedne z najlepszych spośród całej trasy i generalnie uwielbia grać w Polsce, także... będzie się działo!


Tym razem Kanadyjczyk przyjedzie do Polski ze swoim drugim albumem Joyland, który szczerze powiedziawszy robi na mnie mniejsze wrażenie. Nie wiem czy to dlatego, że Maya odeszła, czy z jakiś innych powodów, ale jak dla mnie elekronika została, natomiast element "dark" gdzieś się częściowo zapodział. Wartymi uwagi są na pewno "Four Gut", "Incabod", który się z czasem rozkręca, "Peer Pressure", "Capitol" i najlepszy moim zdaniem utwór "Rescue, Mister".


Jeśli ktoś nie wie, to się zaraz dowie, ale te trzy ostatnie piosenki już wcześniej ujrzały światło dzienne. Kto mnie dobrze zna, ten wie, że moje umiejętności stalkowania ludzi i wyszukiwania informacji nie mają granic. Robert Alfons, a tak naprawdę Robert Hiley, nagrał kiedyś album w zupełnie innym stylu, dlatego Hileya pieszczotliwie nazywam "wyjce kanadyjce", gdyż piosenki są powolne, jest dużo fortepianu, dominują wysokie dźwięki wokalu. Osobiście mam słabość do drugiej części płyty, którą możecie sobie z ciekawości posłuchać pod tym linkiem. Tak więc piosenki z młodości ładnie podrasowano i teraz stanowią tą lepszą część Joyland. 

A na zakończenie tego postu utwór, którego nie mogę się doczekać, żeby usłyszę w wersji live!



czwartek, 17 kwietnia 2014

Odrobina pozytywnej energii

Czas na kolejny zespół z gatunku indie-electro. Pod skrótem STRFKR (również Starfucker) ukrywa się czterech Amerykanów z Oregonu (nie mylić z oregano). Rytmiczne, często funkowe gitary, idealne linie basowe, moja miłość, czyli syntezatory, niezidentyfikowane instrumenty  oraz wokal, który często wchodzi na wyżyny. Tak bym pokrótce opisała jak wygląda muzyka STRFKR. Można sobie trochę poskakać albo spróbować sobie wystukać rytm o stół/parapet, a jeśli ktoś nie posiada takich udogodnień, to i kolano powinno wystarczyć ;), bo przyznać trzeba, że Starfucker kawałki ma bardzo melodyjne. Nie dość, że ciuszki kolorowe, to i muzyka tryska pozytywną energią. Osobiście wydaje mi się, że chłopcy naprawdę się dobrze bawią tworząc kolejne piosenki. Drogę do Polski znają, bo w zeszłym roku zagrali dwa koncerty w naszym kraju, więc jeśli komuś spodoba się jak Starfucker sobie 'gwiazdorzy', to zapewne jeszcze nie raz nadarzy się okazja, żeby zobaczyć ten amerykański zespół live.

Z ostatniej płyty STRFKR Miracle Mile na pewno warte uwagi są kawałki "While I'm alive", "Malmo", "I don't want to see" i oczywiście "Golden light", które za cudowne intro, zapisało się dość wysoko na mojej indie playliście.


Na zakończenie, utwór zamykający drugą płytę STRFKR Reptilians z 2011, w sumie to bardziej melodia jest, ale w żadnym wypadku nie jest pozbawiona energii i filmowego uroku. Co więcej, doskonale pokazuje, że Joshua, Keil, Shawn oraz Patrick potrafią się również popisać dobrym kawałkiem elektroniki.


Dziś było odrobinę krócej, ale w końcu mazurki się same nie upieką, a tym bardziej się same nie zjedzą. Nowy post pewnie ukaże się po świętach. Możliwe, że będzie coś mocniejszego, żeby odreagować rodzinną atmosferę, której za pewne wszyscy nie możemy się doczekać. Pozostaje mi jedynie życzyć Wam bardzo muzycznych świąt :)
~ Dżoana

sobota, 22 marca 2014

Sześciopak z Kanady


Jakby co, to nie moja wina, że znowu będzie trochę syntezatorów, Kanada najwyraźniej dobra jest w te klocki. Zespół Austra, o którym dziś będzie mowa, pochodzi z Toronto, (w którym obecnie termometry pokazują parę kresek poniżej zera ~ pogodynka Dżoana). Brrr! U nas już wiosna, ale zapewne wciąż niektórzy z Was mają zastane kości, może Austra pomoże Wam je rozruszać.

Austra to dość interesująca mieszanka. Wokal Katie Stelmanis, która ma łotewski korzenie, jest bardzo charyzmatyczny. Zapewne jednym z czynników, które miały na to wpływ, była nauka śpiewu operowego. Głos Katie posiada ciekawe drżenie, co tym bardziej sprawia, że Austra wyróżnia się na tle innych zespołów. Gdy będziecie za chwilę słuchać paru utworów, to bez problemu powinniście wyczuć wibracje w jej głosie. Początkowo skład zespołu był trzyosobowy: Katie, Maya Postepski na perkusji (a także współzałożycielka zespołu TRUST) oraz Dorian Wolf (basista). Później dołączyła kolejna trójka (Sari i Romy - chórki, Ryan -keyboard), która jeszcze bardziej ubarwiła zespół. 

Pochwalę się, że miałam okazję być na koncercie Austry, która była w trasie promującej swój najnowszy album Olympia. Żeby było zabawniej, to był jedyny koncert, na który wybrałam się w butach na 8cm obcasie. (tak, wiem... ;D) Naprawdę nie liczyłam, że koncert będzie aż tak energiczny, a prawda jest taka, że w warszawskim Basenie podłoga wręcz falowała!, a lampy-meduzy były zachwycające! Przynajmniej dzięki paru centymetrom byłam w stanie zrobić lepsze zdjęcia. Jednym się nawet z Wami podzielę. 

Austra, 22.10.2013, Basen, Warszawa / autor: Dżoana 
Teraz czas na piosenki. Jeśli chodzi o pierwszy album Feel it Break (2011), to możliwe, że znacie utwór "The Choke" albo "Lose it" (ten drugi pojawił się nawet w jednym z odcinków serialu Dr House). Jednak najbardziej rozpoznawalnym utworem jest (według mnie) "Beat And The Pulse", należy on do tych z rodziny dark/new wave. Mamy dużą dawkę syntezatorów i klawisze niczym bicie dzwonów oraz głos Katie, który miejscami wznosi się na wyżyny operowe. 


W drugim albumie zakochałam się od pierwszego usłyszenia (w pierwszym też). Aż się sama sobie dziwię, że nie posiadam jeszcze tych albumów w moich zbiorach.  Czasem naprawdę ciężko jest wybrać tylko jeden utwór, ale zdecyduję się na "We Become", bo zawiera wers, który wyjątkowo przypadł mi do gustu 
~ A coward's crown / please raise it high... ~


PS O zespole Austra wspominałam już wcześniej. Klikając tutaj -> Cover part.2 <- możecie posłuchać Austry wykonującej cover "None of them" autorstwa Robyn. 

piątek, 7 marca 2014

Powiew świeżości z Polski


Trawa zaczyna się zielenić, ptaki wracają z voyagy, dlatego dziś jako pierwszy zwiastun wiosny (tak wiem, ze jeszcze zostało dwa tygodnie) na blogu pojawia się polska świeżynka - ATLAS AXIS. 

Lucy i Dymitr to rodzeństwo cioteczne, zakochane w muzyce od dzieciństwa. Poszukując muzycznych inspiracji, wreszcie wykształcili swoje gusta, a także styl, w którym zaczęli tworzyć. Przypadek Atlas Axis to taki muzyczny "związek" na odległość. Dymitr wyjechał bowiem do Londynu, a Lucy została w Warszawie. Pierwsze próby nagrania czegokolwiek do łatwych nie należały... wiecie jak to jest z rozmowami na Skype, a raczej z jakością połączenia. 


Po cichu kibicuję wszystkim młodym, polskim zespołom, które kochają muzykę i wiedzą jak ma wyglądać ich produkt. Atlas Axis jak dla mnie spełnia te kryteria. Na chwilę obecną zespół ma nam do zaproponowania jedynie utwór "Bird", dlatego cały mój dzisiejszy wywód kręci się wokół tej jednej piosenki. Kawałek jest z resztą bardzo apetyczny, zwłaszcza pod względem syntezatorów. Na początek dostajemy męski wokal, z dość wysokimi dźwiękami, które w dalszej części utworu przyjemnie zamieniają się w basowe brzmienie i doskonale sprawdzają się przy partiach śpiewanych razem z Lucy. Nie znam się na budowie ucha, ale moje jest dość cienkie, dlatego przeważnie przykuwam uwagę do dźwięków i rytmu, niż do śpiewanego tekstu, jednak tym razem słowa do "Bird" zasługują na pochwałę. 


Zespół bierze udział w konkursie SKODA Auto Music, który umożliwiłby im m.in. nagranie swojego materiału. Dlatego jeśli przyjemnie się Wam słuchało utworu "Bird" to możecie oddać głos na Atlas Axis pod tym linkiem. 

środa, 26 lutego 2014

Wykopaliska synth-pop'owe


Zawsze trudniej jest napisać post, gdy zespół nie posiada strony na Wikipedii (obojętne w jakim języku) ;D
Jednak, gdy nawet Google nie są zbytnio pomocne w znalezieniu jakiejkolwiek informacji, wtedy cóż... pozostaje użyć nadprzyrodzonych zdolności. 
Kaleida - pod tą nazwą ukrywają się dwie piękne i przede wszystkim utalentowane dziewczyny- Christina Wood (wokal) oraz Cicely Goulder (klawisze). Duet pochodzi z Wielkiej Brytanii, jednak ciekawym faktem jest to, iż dziewczyny są narodowości niemieckiej i norweskiej. Co ma nam do zaprezentowania ta urokliwa mieszanka? Oczywiście to co Dżoana lubi najbardziej, czyli syntezatory.


Kaleida tworzy doskonały synth-pop, który swoją lekkością wnosi coś nowego na indie/elektroniczny rynek muzyczny. Potwierdzeniem tej świeżości może być utwór "Think", który w ciągu 3 tygodni od publikacji wideo na YouTube, został obejrzany 230 000 razy. Piosenka bazuje głównie na syntezatorach, które współtworzą idealny podkład do wysokiego głosu wokalistki. Natomiast podczas refrenu w backgroundzie delikatnie przedziera się supportujący głos Cicely, której naprawdę do twarzy z keyboardem (a gorset w wideo ma po prostu genialny ;D). Cóż tu więcej mówić... Kaleida - nie dość, że opakowanie śliczne, to jeszcze zawartość jest hipnotyzująca. 


Następnym kawałkiem jest "Tropea", który również podbił moje serce, a raczej uszy. Po raz kolejny dostajemy mieszankę syntezatorów, a także przenikający 'pluskająco-łaskoczący' beat. Doskonała kompozycja wzbogacona przyjemnym wokalem. Utwór do posłuchania tutaj ->  Kaleida - "TROPEA"
Pozostaje mi jedynie czekać, aż dziewczyny nagrają EP-kę lub album i ktoś je ładnie wypromuje, bo z ogromną przyjemnością pojawiłabym się na ich koncercie.