Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 lipca 2014

Heavy with rhythm

The Heavy to zespół, który lubi namieszać. Jak prawdziwi szefowie kuchni nie boją się mieszać smaków, w tym wypadku stylów muzycznych. Jest rock, jest indie, rap, soul, funk... w sumie jeszcze trochę by mi zeszło z wymienianiem. Jednak to co chyba lubię najbardziej to to, że ich muzyka przypomina soundtracki filmów blaxploitation. Dlatego pewnie z taką łatwością zyskali popularność. Niektórzy z Was mogli słyszeć ich utwory w reklamach, serialach (ze trzy linijki by mi zeszło, jakbym zaczęła wyliczać), grach komputerowych i filmach. 


Jak na razie możemy się zasłuchiwać w trzech albumach Anglików. Ciekawie brzmiące gitary, perkusja przypominająca przemarsz wojsk, świetnie wpasowane smyczki, to tylko niektóre z moich ulubionych elementów, jakie stosuje The Heavy w swoich utworach. Lubię po prostu jak ktoś nie boi się użyć więcej instrumentów niż dwa czy trzy. Koniec gadania, czas na słuchanie! Zacznijmy od piosenki z genialnym intro, po którym następuje genialny rytm. 


Nie ma co się rozpisywać z kawalkiem "How You Like Me Now", bo odczucia podobne jak z utworem powyżej. Dodać mogę jedynie - kocham trąbki! 


Wcześniejsze kawałki pochodziły z płyty The House That Dirt Built,  natomiast na deser mam dla Was coś wolniejszego, z ostatniego albumu. Jak widać i tutaj Anglicy ukradli różdżkę od Harrego Pottera i stworzyli bardzo płynny kawałek, w który wsłuchuję się od ostatnich 10 minut... nie zapowiada się żebym jakoś szybko przestała.


piątek, 30 maja 2014

Skandynawski art rock

Podobno słońce do nas wraca, więc korzystając jeszcze z chłodniejszej pogody, dzisiejszy post osadzę w klimatach skandynawskich. Ilość duńskich artystów, którym udaję się zaistnieć na światowym rynku muzycznym (albo przynajmniej na europejskim), wciąż się powiększa. Do tej grupy należy między innymi zespół Mew, który swoją działalność rozpoczął 20 lat temu. Co grają? Wiele rodzajów rocka: indie, alternatywny, post, symfoniczny, a nawet shoegeze. Natomiast, sami muzycy określają tę mieszankę mianem "pretensjonalnego art rocka".


To co według mnie jest dość charakterystyczne dla zespołów duńskich, czy też generalnie ze Skandynawii, to wokal. Mam tutaj głównie na myśli  męskich wokalistów, którzy bardzo często śpiewają wysokie dźwięki, balansując na granicy z falsetem, jak na przykład robi to Vinnie Who (przedstawiciel duńskiego pop'u) czy właśnie Jonas Bjerre z Mew. Warto też zaznaczyć, że większość skandynawskich zespołów stara się jednak śpiewać w języku angielskim, gdyż to zwiększa ich szansę na zdobycie popularności za granicą.

Chwytliwy kawałek "Special" ostatnio dość często pojawia się na mojej playliście (jakby co to, mam ustawione na losowe odtwarzanie piosenek). Moją propozycją dla Was, będzie jednak "Am I Wry? No.", poniekąd ten utwór już by można zaliczyć do staroci, bo powstał w 2003 roku, wystarczy w sumie obejrzeć wideo, żeby to dostrzec.


Znaczny wzrost popularności zespołu nastąpił, gdy Mew supportowało na koncertach zespoły takie jak R.E.M czy Nine Inch Nails. Dotychczasowy dorobek duńskich chłopaków to pięć albumów + jedna składanka ich największych hitów, i to właśnie tę kompilację zatytuowaną Eggs are Funny z 2010 roku polecam Wam na początek (o ile w ogóle chcecie się zagłębiać w ich twórczość). Osobiście rozkoszuję się wolniejszymi, bardziej melancholijnymi kawałkami w wykonaniu Mew, jak na przykład "Comforting sounds". Piosenka trwa ponad 8 minut, ale pięknych minut. Intro towarzyszy przyjemna gitara, później dołączają smyczki, by na końcu powstał punkt kulminacyjny z perkusją na czele. Można się rozmarzyć :) 


* Przypominam, że po prawej stronie bloga znajdziecie rozpiskę koncertów, festiwali oraz płyt na 2014 rok. Dodatkowo, możecie posłuchać jednej z czterech playlist (albo wszystkich :D). Do wyboru macie: beat out the rhythm (z utworami, które pojawiły się na blogu), na kolejnej playliście znajdują się remiksy, dubstep i chilling - bo jak szaleć to szaleć, a odważnym polecam raczkującą jeszcze listę k-pop'ową. Natomiast, klikając w link do mojego profilu na SoundCloud, dostaniecie bardzo miszmaszową listę, że chyba nawet sama nie potrafię jej ogarnąć. Zapraszam :) 

piątek, 9 maja 2014

Wine me

Kontynuując temat używek, poruszony w poprzednim poście, dziś skupię się bardziej na napojach zawierających znaczek % na etykiecie, bo według mnie muzyka, a konkretnie głos, Cat Power (Chan Marshall) jest idealnym towarzystwem do wypicia lampki wina. Chan obdarzona jest niskim głosem, a jej muzyka zalicza się do typu minimalistycznego. Dominuje bowiem wokal. Instrumenty, jak dla mnie, spełniają funkcję poboczną. Stanowią jakby tło do opowieści jaką chce nam przekazać Chan, dlatego głównymi instrumentami są zazwyczaj gitara i fortepian, które doskonale tworzą nastrój, i aż prosi się o zestaw wino+koc, zwłaszcza, że mamy cudowny, piątkowy wieczór.

W dorobku Cat Power znajduje się aż 10 albumów i według mnie, spokojnie na każdym z nich można znaleźć piosenkę doskonałą. Wiele z nich pojawiło się zarówno w serialach, jak i filmach ("Przerwane objęcia", "Stosunki międzymiastowe", "V jak Vendetta", "Juno").

Kariera Chan jest dość długa, więc nie obyło się bez wpadek, na które media czyhają na każdym kroku. Problem Chan związany był głównie z alkoholizmem (dlatego ostrożnie z tym winem przy słuchaniu twórczości Cat Power). Nie mnie oceniać i nie będę się zagłębiać w życie prywatne. Zmieniając temat. Z ciekawszych rzeczy można wspomnieć o sposobie wykonywania utworów na żywo. Dawniej Chan zaczynała wykonywać piosenki nagle, gwałtownie bez żadnego wstępu, i tak samo nagle się kończyły, nie było płynnego przejścia pomiędzy utworami. Nazwałabym to chaotycznym, zmiksowanym przejściem z jednej piosenki w drugą. Obecnie piosenki wykonywane są z większą precyzją i odpowiedzialnością. A od którego utworu najlepiej zacząć? Trudne pytanie. Nawet bardzo. Może powinnam wypisać z dziesięć linków do utworów  i byście sobie wybrali dwa kawałki do posłuchania, tak na chybił trafił? Hmmm. Nie przedłużając, dwie propozycje: "Hate", czyli nienawiść w połączeniu z zadziornym brzmieniem gitary, a przesłanie trąca, nie korkiem, lecz depresją.


Druga propozycja również nie jest pozbawiona melancholii, ale była to bodajże pierwsza piosenka Cat Power, w której się zakochałam, czyli "The Greatest".




poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Solo w duecie

Smoke & Jackal to solowy projekt dwóch mężczyzn z niesamowicie wielkim ego, (chociaż podobno przy tworzeniu materiału do EP-ki, ego nie odegrało żadnej roli). We didn't bring any egos to it - wypowiedział się Jared Followill... cóż... polemizowałabym. ;) I właśnie Jared, basista z Kings of Leon, również tutaj popisuje się swoimi zdolnościami grania na pięknym instrumencie, jakim jest gitara basowa. Co więcej, przyznam, że naprawdę dobrze mu to wychodzi. Wraz ze swoim przyjacielem Nickiem Brownem (wokalista zespołu MONA oraz Smoke & Jackal) postanowili nagrać parę kawałków w domu tego drugiego. Co z tego wyszło? Głosy są podzielone, jedni są zachwyceni, inni trochę mniej. Osobiście na 6 piosenek tylko połowa przypadła mi do gustu. Nie wiem, może wciąż wyczuwam to wielkie ego, które przeszkadza mi w odbiorze pozostałych kawałków, a może jestem wybredna, a może się po prostu nie znam, o!


Utwór, który zawsze polecam jako pierwszy to "Save Face". Spełnia swoje zadanie przy słuchaniu z zamkniętymi oczami wręcz idealne. Jak dla mnie ma jakiś tajemniczy urok. Przykładowo takie włóczenie się wieczorem po mieście, z tą piosenką w słuchawkach, mogłoby wyprodukować dość przyjemne ciarki. Chyba kiedyś spróbuję...
Natomiast, singlem promującym EP-kę (EP No. 01) był utwór "No tell". Tekstu może komentować nie będę... ale ogólnie kawałka da się słuchać. Wygląda na to, że to nie koniec Smoke & Jackal. Zarówno na Instagramie Jareda jak i Nicka, pojawiły się ich wspólne zdjęcia i podpisy zapowiadające drugą mini płytę. Poczekamy, zobaczymy. Może nowy materiał bardziej przypadnie mi do gustu. 



sobota, 5 kwietnia 2014

Emocjonalna czasoprzestrzeń

Są tacy artyści, którzy samym swoim głosem, potrafią wywołać ciarki na moim ciele. Jeśli są złośliwi, to dodadzą jeszcze emocjonalne skrzypce, smutny fortepian czy zgrzytającą gitarę, co podwoi gęsią skórkę (i zamieni mnie w jedną wielką ciarkę). Co więcej, jeśli taka mieszanka odsłuchana jest przy zgaszonym świetle, wtedy wkraczamy w zupełnie inną czasoprzestrzeń. Czasoprzestrzeń, w której jesteśmy sam na sam z muzyką i nie przeszkadza nam fakt, że nie widać znaczka kierującego do wyjścia ewakuacyjnego. To wszystko zasponsorowała mi, pochodząca z Teksasu, - Sarah Jaffe. 

Gitara akustyczna wpadła w ręce Sarah, gdy była nastolatką. Tworzyła wtedy swoje pierwsze, muzyczne eksperymenty, które ostatecznie przeobraziły się w dorodne utwory. 

Na początek, piosenka o tytule, który skradł moje serce, czyli "A sucker for your marketing". Kolejny raz obrabowano mnie, gdy zobaczyłam wykonanie live (znaczy na YouTube, w rzeczywistości okazji jeszcze nie miałam). Równa perkusja, dużo basu, przyjemny fortepian, wykorzystanie skrzypiec na dwa sposoby - jako "bas", grany palcami, a nie smyczkiem (ok. 0:50) oraz w wersji naturalnej, gdzie ich brzmienie idealnie wpasowuje się do całości. To wszystko zwieńcza doskonały wokal, który przy wykonywaniu 'ooho' przypomina mi głos Florence Welch. Posłuchajcie i pooglądajcie sami. 


Pierwszą piosenką Sarah jaką usłyszałam, było "Pretender" (jakby kogoś to zastanawiało, to tak, zawsze pamiętam jaką piosenkę, danego artysty, usłyszałam pierwszą). Ten kawałek ma cudownie mroczną melodię, dlatego zalecam go dorzucić do wieczornej playlisty.


Na zakończenie, smutno-piękna historia, zaśpiewana szepczącym głosem, ze skrzypiącym akustykiem w tle i refrenem pełnym emocji. Idę teraz zabłądzić w czasoprzestrzeni. 


niedziela, 9 marca 2014

Rockowa (nie)orkiestra

Pewnie już trochę macie dość elektroniki, którą nadmiernie promuję, no cóż... dam Wam odetchnąć, ale nie na długo ;) Manchester Orchestra, ani nie pochodzi z Manchesteru, ani nie jest orkiestrą. Nie wiem w sumie ile osób jest wymaganych, aby stworzyć orkiestrę, ale Manchester Orchestra składa się z pięciu gentlemanów: Roberta, Chrisa, Tima oraz Andy'ego x2. Żeby nie było wątpliwości, panowie pochodzą z Atlanty, USA, ale nazwa zespołu odnosi się do angielskiego miasta oraz hrabstwa Manchester. Muzycy tłumaczą, że właśnie tam powstało wiele świetnych zespołów jak The Smiths, Joy Division, Oasis, New Order itd. Zaskoczę Was pewnie faktem, że Manchester Orchestra to zespół rockowy... w prawdzie trochę indie jest, ale tak jak już kiedyś mówiłam 'indie' dodają teraz do wszystkiego. Jest nawet indie metal jakby to kogoś zastanawiało, a był zbyt leniwy, żeby sprawdzić w Google. Wracając do tematu głównego, Amerykanie z Manchester Orchestra tworzą zarówno mocniejsze utwory, jak i kawałki o mniejszej sile rażenia aka melancholijne, a także spowalniacze w wersji ballad rockowych, które często nabierają tempa dopiero pod koniec piosenki.


Może zacznijmy od wolniejszych kawałków. Często odnoszą się one do Boga, przemijania, utracenia kogoś bliskiego. Takie trochę smuty, a że mam zbyt dobry nastrój to zgrabnie przejdę do tych piosenek z serii 'wolne, ale się rozkręcą'. W sumie "Where have you been?" też jest w jakimś stopniu depresyjnym kawałkiem i poniekąd wpisuje się jeszcze do tych powolnych utworów, ale to co w niej uwielbiam do emocje jakie ze sobą niesie, dlatego o niej wspominam. Natomiast do bardziej rockowych i odrobinę mocniejszych piosenek należy "Virgin" z dość mroczną linią gitarową (w tym również basową), której towarzyszy dziecięcy chórek rodem z horrorów (bo ja oczywiście namiętnie oglądam horrory, więc się znam).


Na zakończenie kawałek "Shake it out", w którym pan wokalista lubi sobie pokrzyczeć...w sumie o Bogu też coś tam wykrzykuje. Pierwszego kwietnia 2014 roku pojawi się czwarty album studyjny Manchester Orchestra zatytułowany Cope, więc po cichu (krzycząc ;D) liczę na kolejne dobre, gitarowe brzmienia. 



środa, 12 lutego 2014

Południe USA w stylu retro

Południowy rock połączony z soulem, czyli śpiewanie tego co leży nam na duszy - tak właśnie by można opisać Alabama Shakes. Mam nadzieję, że nie muszę pisać z jakiej części USA pochodzą ;)

Album Boys & Girls sprawia, iż mam ochotę wsiąść do pickupa i jechać w nieznane po równych i pustych drogach południowych Stanów... ale może to tylko ja? Najlepiej sami posłuchajcie płyty w linku poniżej i dajcie mi znać czy ktoś chce jechać ze mną.
Alabama Shakes (bandcamp)

Trzeba przyznać, że Alabama Shakes tworzą niesamowitą muzykę, pełną emocji, przepojoną wręcz amerykańskością, która trafia w każdy nerw naszego ciała, natomiast sami członkowie zespołu są jak najbardziej normalnymi obywatelami USA, których po prostu zaskoczyła kariera muzyków. Większość demo została nagrana w 2011 roku kiedy to Brittany, Steve, Zac & Heath wykonywali swoje dotychczasowe zawody. Przykładowo, perkusista Steve pracował w elektrowni atomowej, a wokalistka Brittany Howard, mieszkała w przyczepie gdzieś na skraju lasu, a z zawodu była listonoszką. (Z ciekawostek mogę dodać, że Brittany będąc nastolatką, śpiewała w zespole punkowym... cóż, wykrzyczała się, a teraz ma kuszącą barwę głosu ;))



Jedno demo sprawiło, że świat Alabama Shakes obrócił się o 180 stopni. Zagrali jako support na CMJ Festival w Nowym Jorku, a po powrocie spotkała ich słodko-gorzka niespodzianka - prawie milion fanów na Facebooku oraz wypowiedzenia z pracy... Ale w końcu, im bardziej oryginalna i interesująca biografia zespołu, tym lepiej! 


Bless my heart/ Bless my soul/ Didn't think I'd make it to 22 years old



wtorek, 28 stycznia 2014

Ingerencja w mapę Europy, czyli Praga na Białorusi


Białoruś jakoś nie kojarzy mi się z muzyczną żyłą złota, a jednak doczekała się ona własnej wersji Editors (zazdroszczę!). Niestety, ta radość nie trwała długo, gdyż dwa tygodnie temu zespół The Praga, o którym dziś mowa, zakończył prowadzenie działalności.:( Zespół powstał w 2011 roku w Mińsku, tworzył muzykę z gatunku rocka, a głos wokalisty według mnie naprawdę jest/był zbliżony do głosu Thomasa Smitha z Editorsów. The Praga nagrali EP-kę, parę singli i na tym się skończyło. 


Na Facebooku nie dobili nawet do 300 polubień, w sumie trochę mi szkoda, że nie udało się im wybić, bo potencjał według mnie był. Cóż... wierzę, że zaistnienie na rynku muzycznym do łatwych rzeczy nie należy, zwłaszcza gdy się pochodzi ze wschodniej Europy. W końcu ile znacie zespołów z Ukrainy, Łotwy czy właśnie Białorusi, które namiętnie są puszczane w radiostacjach? 



Ja mimo, iż prawie codziennie schodzę do internetowej kopalni muzycznej i kuję kilofem, to jednak wciąż na Wschód trudno mi się dokopać. W sumie to The Praga mnie znaleźli, a nie ja ich. Nowo powstające zespoły często followują/zaczynają obserwować przypadkowe osoby na portalach typu Twitter czy Tumblr, aby zbudować sobie fan base.  Automatycznym odruchem jest oczywiście sprawdzenie co to za zespół, posłuchaniu paru utworów i szepnięciu o nim słówkiem znajomym jeśli się nam spodoba ;). Dlatego szeptammm, a więcej kawałków do posłuchania na SoundCloud. -> The Praga - SoundCloud 


środa, 8 stycznia 2014

Beast of America, czyli muzyka z pazurem


Pozostajemy w USA, lecz zmieniamy stan, ba zmieniamy wybrzeże! Dziś ocean & plaża, czyli Kalifornia! (jak tak dalej pójdzie, to nauczę Was mapy Stanów hah!) Znowu będzie rockowo, ale tym razem z przytupem - Nico Vega. Jeśli byliście w potrzebie porządnej dawki energii, to trafiliście idealnie. 

Charakterystyczny głos wokalistki, któremu często w mocniejszych kawałkach towarzyszy chrypka, zdecydowanie dodaje utworom pazura! Power, który emanuje z piosenek, aż prosi się o wykorzystanie. Nie namawiam tutaj to rozwalania mieszkania, czy robienia kolejnej parodii utworu Miley Cyrus "Wrecking ball", po prostu dobrze jest mieć kawałek, przy którym można się wyładować lub który nas zmotywuje to zrobienia jakiś niesamowitych rzeczy. Z tego całego podekscytowania dziś będą trzy piosenki ;D 

Numero uno, piosenka z cyklu: trzeba gdzieś wyładować swoją wściekłość, czyli "Fury oh fury". Możecie na przykład podjąć się zrobienia obiadu, w tym celu weźcie tłuczek w swoje ręce i zróbcie sobie schabowe z niezłym muzycznym podkładem. 


A teraz czas na nowy hymn Ameryki - "Beast". Zarówno oryginalna wersja jak i wersja akustyczna są perfekcyjne. Niby jest to ten sam utwór, zaśpiewany przez ten sam zespół, a jednak jak dla mnie są to dwie różne piosenki. Sami posłuchajcie :) 



oraz link do akustycznej wersji -> "Beast" wersja akustyczna

Na koniec piosenka "Easier", której pierwsze dźwięki przypominają mi serial "Przyjaciele". Był to również pierwszy kawałek Nico Vega jaki usłyszałam. Mówiąc szczerze, dopiero po drugim przesłuchaniu całkowicie się zakochałam... zwłaszcza w refrenie, który idealnie wpasowuje się w okres przedsesyjny, a także może posłużyć jako dobre motto dla osób zmagających się z jakimikolwiek problemami. 
Brace yourself it's gonna get easier...



sobota, 21 grudnia 2013

Space-rock: odyseja kosmiczna

Bee Gees śpiewając "Stayin' Alive" chyba naprawdę potraktowali to na poważnie... Nie wiem czy przez przypadek czy celowo, ale najnowszy singiel Broken Bells "Holding on for life" mógłby się idealnie wpasować w repertuar grupy braci Gibb'sów. 


Na początek przypomnę kim są panowie ze zdjęcia obok. Broken Bells to duet składający się z Jamesa Mercera (wokalista zespołu The Shins) oraz z Briana Burtona, znanego również jako Danger Mouse czy Pelican City (amerykański DJ oraz producent, wyprodukował między innymi płyty artystów takich jak Gorillaz czy The Black Keys).



Z debiutowego albumu Broken Bells (2010) pochodzi fantastyczny, łatwo wpadający w ucho, kawałek "The High Road". Doskonały melodyjnie oraz instrumentalnie. Dla Was w wersji live (różnica między nagraniem studyjnym jest praktycznie niedostrzegalna!). Bez dwóch zdań dodaję Broken Bells do zespołów 'must seen' na żywo!


Utworem promującym najnowszy album zespołu After the Disco jest "Holding on for life". Muszę przyznać, że jestem bardzo ciekawa czy cała płyta będzie utrzymana w tym klimacie. Space-beaty & syntezatory?... Mmm na samą myśl robię się głodna!



Dla fanów filmów również mam dobrą wiadomość. W kosmicznym klipie występuje Anton Yelchin (Star Trek, Like Crazy) oraz Kate Mara (127 godzin, Strzelec). Oczywiście historia w teledysku jest ciut skrócona, ale jeśli jesteście ciekawi jak wygląda całość, to dołączam linki do części 1 oraz 2.
-> Angel and The Fool Part 1
-> Angel and The Fool Part 2

PS Premiera albumu After the Disco planowana jest na 14.01.2014 

środa, 11 grudnia 2013

"Reflektor" na przedmieściach

Kanady nigdy dość... a zwłaszcza jeśli chodzi o prowincję Quebec.
Arcade Fire, zespół z Montrealu, który według mnie będzie headlinerem 90% festiwali w 2014 roku. Moja muzyczna intuicja podpowiada mi, że zawitają także do Polski. Singiel "The Suburbs" z albumu o tym samym tytule, wpisał się na stałe do historii muzyki. Teraz przyszedł czas na utwór "Reflektor" również z albumu o tym samym tytule, który również wpisał się na stałe do historii muzyki, choćby ze względu na długość utworu (07:42 min).


Najnowszy krążek Arcade Fire już został okrzyknięty przez krytyków jednym z najlepszych albumów 2013 roku. Charakterystycznym dla krążka jest podział na dwie części, obie są bardzo klimatyczne i tworzą zgraną całość. Wydaje mi się, że jednokrotne przesłuchanie albumu jest niewystarczające. Arcade Fire jest zespołem tworzącym dość specyficzny rock alternatywny, do którego człowiek przekonuje się z czasem ... śmiem twierdzić, że kraj pochodzenia może mieć coś z tym wspólnego.


Warto zaznaczyć fakt, iż nad produkcją czuwał James Murphy, tak właśnie ten James Murphy z LCD Soundsystem, dlatego możemy wyczuć dancepunkowe elementy, chociażby basowy beat w "We Exist".
Jeśli bym miała wymienić moje ulubione kawałki to należałyby do nich:  barokowy "Reflektor", pulsujący "We Exist", "Porno" z genialnymi syntezatorami oraz "Joan Of Arc" z rytmicznym refrenem.


sobota, 16 listopada 2013

Nowojorski duet

Dziś postanowiłam w dalszym ciągu penetrować stan Nowy Jork. Phantogram to duet w składzie Josh Carter i Sarah Barthel, powstały w 2007 roku grający głównie rock elektroniczny. 


Prawdę mówiąc nie przepadam za przypisywaniem jednego, konkretnego gatunku muzycznego do zespołu czy wykonawcy. W ostatnich latach wytworzyło się tyle podgatunków muzycznych, że nawet specjaliści mają z nimi problem, dlatego często nowo powstałe zespoły są wrzucane do worka 'indie'- pop, rock, electro bądź właśnie 'rock'- alternatywny, art, psychodeliczny itd. W przypadku Phantogram zdecydowanie 'wrzuciłabym' go do elektroniki, ale raczej indie-rock'owej z domieszką efektów halucynogennych (hah!). Natomiast sam zespół określa swoją muzykę mianem "psychodelicznego popu".


Phantogram występował na wielu amerykańskich festiwalach takich jak Coachella czy Lollapalooza. Pierwszy album Eyelid Movies zebrał wiele pozytywnych recenzji i ja również zachęcam do jego przesłuchania, zwłaszcza utwory "When I'm small" z brzdękającą gitarą i szumem starej płyty w tle oraz "Mouthful of diamonds", w której upodobałam sobie głównie tekst utworu i równie ciekawą melodię, jest to także piosenka od której rozpoczęła się moja przygoda z Joshem i Sarą. 




Jeszcze w tym roku ma się pojawić drugi album Phantogram zatytułowany Voices, osobiście jestem bardzo ciekawa co tym razem zaprezentuje nam ten amerykański duet.

Dla osób, które interesują się filmami bądź muzyką filmową polecam piosenkę "Lights", która znalazła się na soundtracku do wchodzącego w tym miesiącu na ekrany filmu: Igrzyska śmierci: w pierścieniu ognia.