Stwierdziłam, że jeszcze coś skrobnę na blogu przed moimi wojażami (nienawidzę spolszczenia tego słowa). Dość niedawno natknęłam się na zespół z LA Wildcat! Wildcat! i jak się okazało, już tylko kilka dni dzieli ich od wydania debiutanckiego albumu. Jaki będzie? - chętnie sie tego dowiem, bo ostatnio moje wymagania, zwłaszcza odnośnie muzyki indie/indie pop, poszły znacznie w górę.
Wildcat! Wildcat! (nie wiem czemu, ale kompletnie kupili mnie tą nazwą) rok temu wydali swoją pierwszą EP-kę. Od tego czasu można się było zaznajomić z twórczością dość charakterystycznego, męskiego trio, które, no właśnie, śpiewa głównie falsetem. Nie jest to częste zjawisko i jak na mój gust raczej ryzykalne, ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Wysoki wokal supportowany jest przez nienachalne syntezetory. W utworze "The Chief" przewijają się instrumenty dęte, do których chyba zaczynam mieć słabość. Natomiast, "Mr. Quiche" brzmi tak jak indie brzmieć powinno - poprawnie, acz czymś intryguje.
Nowa płyta ukaże się 5 sierpnia, pojawią się na niej między innymi kawałki "Holloway (Hey Love)" oraz "Hero". Zwłaszcza ta druga piosenka doskonale wypadłaby w wersji live na jakimś festiwalu. Jeśli tym utworem zespół chciał pokazać swój progres od EP-ki do albumu, to zdecydowanie oceniam to na plus i czekam na więcej.
Dziś parę słów o kolejnej polskiej świeżynce, która oferuje elektronikę, a dokładnie eksperymentalny pop z angielskim wokalem. Mowa o zespole Oxford Drama, który miałam okazję usłyszeć na żywo parę dni temu.
Oxford Drama to wrocławski duet damsko-męski w składzie Magłorzata Dryjańska i Marcin Mrówka. Zespół jest naprawdę młody, gdyż powstał w lutym bieżącego roku. Dwa miesiące później już pojawiła się EP-ka, którą możecie posłuchać tutaj. Ktoś może powiedzieć, że obecnie polski rynek przesycony jest podobnymi zespołami, a nawet electro-duetami, jednak głos Małgosi jest tak ciepły i delikatny, że nie mogłam się oprzeć. Niektóre utwory mają iście eksperymentale brzmienia, jak choćby kawałek "Endeavour". Widać, że nie brakuję im muzycznej fantazji i oby tak dalej! Natomiast, mnie chyba najbardziej urzekł kawałek "Asleep/Awake" z kojącym wokalem i miękkimi syntezatorami.
Oxford Drama zaplusowało sobie u mnie wykonem na żywo, który według mnie brzmi nawet lepiej niż na płycie. Scena to ich świat, mimo iż zachowują się na niej bardzo skromnie (ale za to w uroczy sposób). Podczas koncertu (jako support przed kanadyjskim zespołem TRUST), duet wykonał również cover, który całkowicie zawładnął moimi uszami. Zastanawiacie się czyja to była piosenka? Cóż, mam ten sam problem... piosenkę znam, ale już kolejny dzień się głowię, czyj to był kawałek. Jednym z moich typów jest Tame Impala (w sumie jak się okazało, jest to jeden z zespołów, którymi się Oxford Drama inspiruje, więc kto wie... może moje uszy węszą w dobrą stronę. Kiedyś rozgryzę tę zagadkę). Tymczasem czekam na album i życzę Oxford Drama jak najlepiej.
"lying in your bed, I'm half asleep, half awake"
Oxford Drama, klub Fabryka, Kraków 4.06.2014
Jeszcze parę słów o koncercie Trust - dwa koncerty w cenie jednego, a mianowicie chillowanie na ławce i słuchanie soundcheck'u. Były barierki, były siniaki, były autografy i była energia (zakwasy miałam przez dwa dni!). Dziękuję Ewie za cudowne towarzystwo :) (PS na jej blogu możecie również przeczytać parę słów o koncercie). Robert Alfons (wokalista Trust) po raz kolejny zaznaczył, że kocha Polskę pisząc na Twitterze, że kocha Polskę i może właśnie tą miłością zakończę ten post i powrócę do stresowania się nadciągającymi egzaminami.
Czas na kolejny zespół z gatunku indie-electro. Pod skrótem STRFKR (również Starfucker) ukrywa się czterech Amerykanów z Oregonu (nie mylić z oregano). Rytmiczne, często funkowe gitary, idealne linie basowe, moja miłość, czyli syntezatory, niezidentyfikowane instrumenty oraz wokal, który często wchodzi na wyżyny. Tak bym pokrótce opisała jak wygląda muzyka STRFKR. Można sobie trochę poskakać albo spróbować sobie wystukać rytm o stół/parapet, a jeśli ktoś nie posiada takich udogodnień, to i kolano powinno wystarczyć ;), bo przyznać trzeba, że Starfucker kawałki ma bardzo melodyjne. Nie dość, że ciuszki kolorowe, to i muzyka tryska pozytywną energią. Osobiście wydaje mi się, że chłopcy naprawdę się dobrze bawią tworząc kolejne piosenki. Drogę do Polski znają, bo w zeszłym roku zagrali dwa koncerty w naszym kraju, więc jeśli komuś spodoba się jak Starfucker sobie 'gwiazdorzy', to zapewne jeszcze nie raz nadarzy się okazja, żeby zobaczyć ten amerykański zespół live.
Z ostatniej płyty STRFKR Miracle Mile na pewno warte uwagi są kawałki "While I'm alive", "Malmo", "I don't want to see" i oczywiście "Golden light", które za cudowne intro, zapisało się dość wysoko na mojej indie playliście.
Na zakończenie, utwór zamykający drugą płytę STRFKR Reptilians z 2011, w sumie to bardziej melodia jest, ale w żadnym wypadku nie jest pozbawiona energii i filmowego uroku. Co więcej, doskonale pokazuje, że Joshua, Keil, Shawn oraz Patrick potrafią się również popisać dobrym kawałkiem elektroniki.
Dziś było odrobinę krócej, ale w końcu mazurki się same nie upieką, a tym bardziej się same nie zjedzą. Nowy post pewnie ukaże się po świętach. Możliwe, że będzie coś mocniejszego, żeby odreagować rodzinną atmosferę, której za pewne wszyscy nie możemy się doczekać. Pozostaje mi jedynie życzyć Wam bardzo muzycznych świąt :)
Środa to trochę taki dzień-paradoks. Z jednej strony czujemy się zmęczeni, chcemy usiąść na chwilę i się zrelaksować, z drugiej strony chcemy, jednak przyśpieszyć czas, bo do weekendu pozostały tylko dwa dni. Dziś skuszę się na tą pierwszą opcję (zmęczona nie jestem, ale relaks zawsze wskazany, zwłaszcza w towarzystwie nowej muzyki ~ dr Dżoana).
Zastanawialiście się kiedyś jakbyście nazwali swojego dinozaura? Mi podpowiedział zespół pochodzący z Australii, który posiada chwytliwą nazwę Snakadaktal. Teraz tylko muszę zdobyć dinozaura... chyba będę musiała zadowolić się pluszową wersją.
Przeważnie, gdy mamy do czynienia z zespołem wieloosobowym, to tylko jeden członek odpowiedzialny jest za śpiew, pozostała część ekipy co najwyżej bawi się w chórki. W Snakadaktal mamy natomiast dwóch wokalistów: Phoebe i Sean'a. Resztę zespołu uzupełnia trzech chłopaków Joseph, Jarrah i Barna. Miło jest popatrzeć, a raczej posłuchać, że młodzi ludzie, jednak potrafią wykonywać pracę grupową. Skoro miał być relaks, to zacznijmy wolnym kawałkiem "The Sun II". Galopujące bębny na początku, lekko zgrzytająca gitara oraz Sean na wokalu (z odrobiną Phoebe w tle). Według mnie piosenka bardzo dobrze prezentuje się pod względem melodyjnym, a to zawsze przemawia do mnie najbardziej.
Drugi utwór "Dance bear" jest bardziej żywy i bardziej dream-pop'owy. Tym razem mikrofon należy do Phoebe, którą supportuje Sean. Intro przy częstym odtwarzaniu może wydać się odrobinę irytujące, ale uznajmy to za mało istotny szczegół. Początek piosenki zaczyna nam się dość powoli, jednak potrzeba tylko paru sekund, by talerze poszły w ruch, a całość została zwieńczona solówką na gitarze elektrycznej. Cóż mi pozostaje do powiedzenia: Snakadaktal to taki przyjemny dinuś :D
Chcieliście grać/śpiewać w zespole, a do tej pory Wam się to nie udało? Cóż, nie wszystko jeszcze stracone! Zawsze możecie założyć zespół ze swoim przyszłym mężem/żoną jak to uczynili Dede oraz Thomas Wegg-Prosser z We Have Band (WHB). W 2008 roku skład zespołu powiększył się o Darrena Bancrofta. Warto wspomnieć, że pierwsze znaczące single nagrywane były w mieszkaniu Dede i Thomasa... także, sami widzicie, domowo-małżeński biznes wcale nie jest takim złym pomysłem ;) Styl jaki grają We Have Band można określić jako disco-rock, indie-rock/pop ze sporą dawką elektroniki. Osobiście, WHB w jakimś stopniu kojarzą mi się z zespołem Metronomy, nie tylko pod względem melodii jakie tworzą, ale również pod względem stylu w jakim są robione niektóre teledyski, ale to tylko moje subiektywne odczucie. Pora czegoś posłuchać. Na początek piosenka o ambitnym, ale jakże istotnym tytule "Where are your people?"
"Tired of Running" zdecydowanie najbardziej wpasowuje się w moje gusta muzyczne, zwłaszcza dzięki prostej linii basowej, którą jesteśmy poczęstowani od samego początku utworu, a także dzięki łatwo wpadającemu w ucho refrenowi. Obie wymienione przeze mnie piosenki pochodzą z albumu Ternion (2012), (co chyba oznacza, iż jest to moja ulubiona płyta WHB). Już 28 kwietnia ukaże się nowy album zespołu - Movements. Jestem ciekawa czy trio z Manchesteru czymś mnie jeszcze zaskoczy.
Teraz informacja dla fanów coverów. We Have Band stworzyli parę remixów, a także coverów, jedne lepsze, drugie gorsze, oczywiście zależy kto co lubi. Chociaż cover "Let's dance" Davida Bowiego jest dość specyficzny, to mimo wszystko gratuluję odwagi przerobienia takiego hitu, jak dla mnie słuchać się da.
Bastille to stosunkowo młody zespół powstały w 2010 roku w Londynie. W świecie muzyki zaistniał m.in. dzięki kawałkom "Bad blood", "Pompeii" czy "Flaws". To co osobiście uwielbiam w Bastille to poczucie rytmu, które najlepiej można poczuć i usłyszeć w akustycznych wersjach piosenek. Utwory śpiewane acapella, gdzie jedynymi instrumentami są ręce i nogi, naprawdę robią wrażenie.
Listopad to dość napięty miesiąc jeśli chodzi o ilość organizowanych koncertów. Wiele zespołów rusza w trasy koncertowe w okresie jesiennym. Do tych zespołów należy między innymi londyńska formacja Bastille, która po raz pierwszy zawitała do Polski. Koncert odbył się w warszawskim klubie Stodoła, a ich występ supportował, również pochodzący z Anglii, zespół To Kill A King.
We wtorkowy wieczór scena niewątpliwie należała do panów. Zespół supportujący składa się z pięciu mężczyzn, a Bastille z czterech. Zapewne płeć piękna była zachwycona. Na początek występ To Kill A King. Gaśnie światło i staram się dosłyszeć pierwsze dźwięki, które z trudem przebijają się przez ogrom pisków pochodzących z pierwszych rzędów. Już po paru sekundach można zauważyć, że zarówno publiczność jak i To Kill A King jest w cudownych nastrojach. Tłum klaszcze (choć czasami gubi rytm) oraz śpiewa głośniej niż wokalista Ralph Pelleymouter, co sprawia, iż panowie na scenie nie przestają się uśmiechać. Moje pierwsze skojarzenie to "przypominają mi trochę Mumford & Sons", prawdopodobnie za sprawą gitary akustycznej towarzyszącej przez cały koncert. Panowie mi serca nie skradli, ale zdecydowanie udało im się przesłać pozytywną energię, która idealnie wpasowała się przed występem Bastille.
Koncert Bastille najlepiej opisuje tweet, który pojawił się na oficjalnym Twitterze zespołu:
Tonight's crowd in Warsaw was one of the loudest and jumpiest we've ever had. Thanks so much you lot - dziękuję.
Jak już wspomniałam wcześniej, Bastille bardzo cenię za akustyczne wykonania utworów, które tak naprawdę pokazują nam talent wokalny i nie tylko. Dlatego też od samego początku wiedziałam, że występ Bastille na pewno będzie fantastyczny. Tak też było. Londyńska formacja rozpoczęła koncert od swojego wielkiego przeboju "Bad blood". Trzeba przyznać, że niektóre piosenki nie posiadają jakiegoś skomplikowanego tekstu dlatego publiczność nie przestawała śpiewać, a dzięki łatwo wpadającej w ucho melodii, osoby pozbawione talentu wokalego mogły się wykazać wyklaskiwaniem rytmu. Do odważnych posunięć Dana (wokalista Bastille) należy wejście wśród publikę. Jego miejsce położenia można było określić dzięki kablowi od mikrofonu, który szybował nad publicznością. Zazwyczaj w takich sytuacjach następuje małe zamieszanie co sprawia, że widownia zaczyna się zagęszczać i tym sposobem przybliżyłam się o jakieś sześć rzędów w kierunku środka sceny. Bliżej znaczy cieplej, bliżej znaczy jeszcze większe szaleństwo. Wręcz idealne miejsce na encore. Właśnie podczas bisu został wykonany jeden z moich ulubionych coverów "Of the night", w trakcie którego ludzie przeistoczyli się w piłeczki pingpongowe co najlepiej ukazuje ten o to filmik Bastille "Of the night" / Stodoła 19.11.2013 (niestety jakość audio jest dość słaba).
Jako podsumowanie nasuwa mi się tylko jedno zdanie: Cudowna energia przez dwie godziny!
Zachęcam do obejrzenia paru zdjęć, które udało mi się zrobić.
Na początek przygody z moim blogiem proponuję podróż do Nowej Zelandii. To właśnie stamtąd pochodzi Lorde.
Lorde, awłaściwie Ella Yelich-O'Connor, to kolejna przedstawicielka utalentowanego, młodego pokolenia. W tym miesiącu Ella kończy 17 lat, a już może pochwalić się albumem Pure Heroine wydanym we wrześniu bieżącego roku. Nie jest to byle jaki album, osobiście z chęcią bym zobaczyła go wśród mojej kolekcji. Można sobie zadać pytanie-Ile można się spodziewać po tak młodej wokalistce? Prawda jest taka, że więcej niżbyśmy przypuszczali. Ella posiada interesujący tembr głosu, który potrafi doskonale wykorzystać. Wystarczy przesłuchać dowolną piosenkę z Pure Heroine aby się o tym przekonać. Lorde swoją karierę zaczęła z wysokiego poziomu, podbijając muzyczny rynek na całym świecie, zwłaszcza dzięki swojemu singlowi 'Royals'. Muszę przyznać, że jestem bardzo ciekawa jak będzie wyglądała jej dalsza muzyczna przyszłość.