Pokazywanie postów oznaczonych etykietą live. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą live. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 kwietnia 2014

Emocjonalna czasoprzestrzeń

Są tacy artyści, którzy samym swoim głosem, potrafią wywołać ciarki na moim ciele. Jeśli są złośliwi, to dodadzą jeszcze emocjonalne skrzypce, smutny fortepian czy zgrzytającą gitarę, co podwoi gęsią skórkę (i zamieni mnie w jedną wielką ciarkę). Co więcej, jeśli taka mieszanka odsłuchana jest przy zgaszonym świetle, wtedy wkraczamy w zupełnie inną czasoprzestrzeń. Czasoprzestrzeń, w której jesteśmy sam na sam z muzyką i nie przeszkadza nam fakt, że nie widać znaczka kierującego do wyjścia ewakuacyjnego. To wszystko zasponsorowała mi, pochodząca z Teksasu, - Sarah Jaffe. 

Gitara akustyczna wpadła w ręce Sarah, gdy była nastolatką. Tworzyła wtedy swoje pierwsze, muzyczne eksperymenty, które ostatecznie przeobraziły się w dorodne utwory. 

Na początek, piosenka o tytule, który skradł moje serce, czyli "A sucker for your marketing". Kolejny raz obrabowano mnie, gdy zobaczyłam wykonanie live (znaczy na YouTube, w rzeczywistości okazji jeszcze nie miałam). Równa perkusja, dużo basu, przyjemny fortepian, wykorzystanie skrzypiec na dwa sposoby - jako "bas", grany palcami, a nie smyczkiem (ok. 0:50) oraz w wersji naturalnej, gdzie ich brzmienie idealnie wpasowuje się do całości. To wszystko zwieńcza doskonały wokal, który przy wykonywaniu 'ooho' przypomina mi głos Florence Welch. Posłuchajcie i pooglądajcie sami. 


Pierwszą piosenką Sarah jaką usłyszałam, było "Pretender" (jakby kogoś to zastanawiało, to tak, zawsze pamiętam jaką piosenkę, danego artysty, usłyszałam pierwszą). Ten kawałek ma cudownie mroczną melodię, dlatego zalecam go dorzucić do wieczornej playlisty.


Na zakończenie, smutno-piękna historia, zaśpiewana szepczącym głosem, ze skrzypiącym akustykiem w tle i refrenem pełnym emocji. Idę teraz zabłądzić w czasoprzestrzeni. 


sobota, 21 grudnia 2013

Space-rock: odyseja kosmiczna

Bee Gees śpiewając "Stayin' Alive" chyba naprawdę potraktowali to na poważnie... Nie wiem czy przez przypadek czy celowo, ale najnowszy singiel Broken Bells "Holding on for life" mógłby się idealnie wpasować w repertuar grupy braci Gibb'sów. 


Na początek przypomnę kim są panowie ze zdjęcia obok. Broken Bells to duet składający się z Jamesa Mercera (wokalista zespołu The Shins) oraz z Briana Burtona, znanego również jako Danger Mouse czy Pelican City (amerykański DJ oraz producent, wyprodukował między innymi płyty artystów takich jak Gorillaz czy The Black Keys).



Z debiutowego albumu Broken Bells (2010) pochodzi fantastyczny, łatwo wpadający w ucho, kawałek "The High Road". Doskonały melodyjnie oraz instrumentalnie. Dla Was w wersji live (różnica między nagraniem studyjnym jest praktycznie niedostrzegalna!). Bez dwóch zdań dodaję Broken Bells do zespołów 'must seen' na żywo!


Utworem promującym najnowszy album zespołu After the Disco jest "Holding on for life". Muszę przyznać, że jestem bardzo ciekawa czy cała płyta będzie utrzymana w tym klimacie. Space-beaty & syntezatory?... Mmm na samą myśl robię się głodna!



Dla fanów filmów również mam dobrą wiadomość. W kosmicznym klipie występuje Anton Yelchin (Star Trek, Like Crazy) oraz Kate Mara (127 godzin, Strzelec). Oczywiście historia w teledysku jest ciut skrócona, ale jeśli jesteście ciekawi jak wygląda całość, to dołączam linki do części 1 oraz 2.
-> Angel and The Fool Part 1
-> Angel and The Fool Part 2

PS Premiera albumu After the Disco planowana jest na 14.01.2014 

środa, 20 listopada 2013

Bastille / Warszawa 19.11.2013

Bastille to stosunkowo młody zespół powstały w 2010 roku w Londynie. W świecie muzyki zaistniał m.in. dzięki kawałkom "Bad blood", "Pompeii" czy "Flaws". To co osobiście uwielbiam w Bastille to poczucie rytmu, które najlepiej można poczuć i usłyszeć w akustycznych wersjach piosenek. Utwory śpiewane acapella, gdzie jedynymi instrumentami są ręce i nogi, naprawdę robią wrażenie. 


Listopad to dość napięty miesiąc jeśli chodzi o ilość organizowanych koncertów. Wiele zespołów rusza w trasy koncertowe w okresie jesiennym. Do tych zespołów należy między innymi londyńska formacja Bastille, która po raz pierwszy zawitała do Polski. Koncert odbył się w warszawskim klubie Stodoła, a ich występ supportował, również pochodzący z Anglii, zespół To Kill A King. 

We wtorkowy wieczór scena niewątpliwie należała do panów. Zespół supportujący składa się z pięciu mężczyzn, a Bastille z czterech. Zapewne płeć piękna była zachwycona. Na początek występ To Kill A King. Gaśnie światło i staram się dosłyszeć pierwsze dźwięki, które z trudem przebijają się przez ogrom pisków pochodzących z pierwszych rzędów. Już po paru sekundach można zauważyć, że zarówno publiczność jak i To Kill A King jest w cudownych nastrojach. Tłum klaszcze (choć czasami gubi rytm) oraz śpiewa głośniej niż wokalista Ralph Pelleymouter, co sprawia, iż panowie na scenie nie przestają się uśmiechać. Moje pierwsze skojarzenie to "przypominają mi trochę Mumford & Sons", prawdopodobnie za sprawą gitary akustycznej towarzyszącej przez cały koncert. Panowie mi serca nie skradli, ale zdecydowanie udało im się przesłać pozytywną energię, która idealnie wpasowała się przed występem Bastille. 

Koncert Bastille najlepiej opisuje tweet, który pojawił się na oficjalnym Twitterze zespołu: 
Tonight's crowd in Warsaw was one of the loudest and jumpiest we've ever had. Thanks so much you lot - dziękuję.
Jak już wspomniałam wcześniej, Bastille bardzo cenię za akustyczne wykonania utworów, które tak naprawdę pokazują nam talent wokalny i nie tylko. Dlatego też od samego początku wiedziałam, że występ Bastille na pewno będzie fantastyczny. Tak też było. Londyńska formacja rozpoczęła koncert od swojego wielkiego przeboju "Bad blood". Trzeba przyznać, że niektóre piosenki nie posiadają jakiegoś skomplikowanego tekstu dlatego publiczność nie przestawała śpiewać, a dzięki łatwo wpadającej w ucho melodii, osoby pozbawione talentu wokalego mogły się wykazać wyklaskiwaniem rytmu. Do odważnych posunięć  Dana (wokalista Bastille) należy wejście wśród publikę. Jego miejsce położenia można było określić dzięki kablowi od mikrofonu, który szybował nad publicznością. Zazwyczaj w takich sytuacjach następuje małe zamieszanie co sprawia, że widownia zaczyna się zagęszczać i tym sposobem przybliżyłam się o jakieś sześć rzędów w kierunku środka sceny. Bliżej znaczy cieplej, bliżej znaczy jeszcze większe szaleństwo. Wręcz idealne miejsce na encore. Właśnie podczas bisu został wykonany jeden z moich ulubionych coverów "Of the night", w trakcie którego ludzie przeistoczyli się w piłeczki pingpongowe co najlepiej ukazuje ten o to filmik Bastille "Of the night" / Stodoła 19.11.2013 (niestety jakość audio jest dość słaba). 
Jako podsumowanie nasuwa mi się tylko jedno zdanie: Cudowna energia przez dwie godziny!

Zachęcam do obejrzenia paru zdjęć, które udało mi się zrobić.


To Kill A King



 Bastille